Skocz do zawartości

Senpuu Society :: Forum o anime i mandze używa cookies. Przeczytaj Privacy Policy w celu uzyskania więcej informacji. Aby usunąć tą wiadomość, proszę kliknąć guzik po prawej:    Akceptuję użycie cookies
  • Zaloguj korzystając z Facebooka Log In with Google      Logowanie »   
  • Rejestracja

Zdjęcie

Rewrite, czyli Bleach od nowa

bleach rewrite story plot fabuła historia krytyka jak pisać naprawa

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
15 odpowiedzi w tym temacie

#1 Craftsmen

Craftsmen

    ~weaboo

  • User
  • PipPipPipPip
  • 1072 postów

Napisano 07 styczeń 2017 - 13:13

Bliczyk się skończył, i oczywiście skończył się marnie. Nie ma sensu mówić, czemu był do kitu, bo to jakoś do ludzi nie trafia. Utrzymują nadal z uporem maniaka, że Bleach się nagle zepsuł, przeważnie mówią że po Soul Society arcu. Jest to totalną bzdurą, bo historie nie psują się nagle, tylko od początku działają albo są skopane. Bleach od początku był skopany, ale można było łudzić się tym, że skill autora utrzyma go na powierzchni. Nie utrzymał. Kubo, jak wielu autorów przed nim, został dorżnięty impossibiru work schedule, wymogami oraz meddlingiem edytora i wydawcy, brakiem wolnego czasu, podupadającym w efekcie zdrowiem oraz-jak mniemam-totalną deprechą klasyczną dla przepracowanych japończyków. Aha, no i brakiem talentu albo wiedzy jak pisać. W efekcie miał OK początek, który okazał się potem dowodem na form over substance. Jak 99% mang miał te same ogólne problemy-brak planu, skupienie na gonieniu króliczka a nie jego dopadnięciu, zmianami dla zmian by tylko utrzymać się w rankingach itp. Nieważne. Nic to.

 

Bo my se napiszemy Bleacha od nowa. A dokładniej-zaprojektujemy ogólnie. Teraz, gdy historia się skończyła, nie trzeba nad niczym spekulować, wszystko jest kawa na ławę, wiadomo o co chodziło więc można się tym zająć. Po co? Przecież tego nikt nie napisze ani przeczyta, a historia już została spuszczona w kiblu.

Ano po to, by w procesie tego projektowania:

 

1.       Ludziska trochę się nauczyli na czym polega pisanie historii z głową

2.       Jest to lepsza forma krytyki niż tylko wytykanie błędów. Dziś to już każdy to potrafi.

No to do dzieła.

 

Temat będzie działał tak, że ja sobie coś tu wrzucam, czasem jak ktoś odpisze to zareaguję (albo nie), i inni mogą dodawać ofkoz swoje cegiełki jak chcą. Nowe wątki będą dodawane jak mi się zechce, albo wtedy gdy ktoś zacznie kumać czaczę i sam zacznie je tworzyć. Temat jest edukacyjny, nie fanfickowy, jest krytyką a nie pisarstwem. I dlatego ląduje w tym a nie innym dziale. Jest kreatywniejszą i pożyteczniejszą wersją „czy ta manga to porażka” (bo niby co tam można jeszcze napisać… jest jasne że odpowiedź brzmi „tak”). W momencie przepracowania danego motywu bowiem staną się jasne braki oryginału, oraz to co mógł osiągnąć i dlaczego fail w tym aspekcie był śmiertelny.

 

Zasady ogólne:

 

Spoiler

 

Metoda:

 

Spoiler

 

Podstawa każdej opowieści to postacie główne, tudzież-protagonista. To jego losy śledzimy, i są pewne zasady których zrozumienie pozwala sprawić, że bohater jest ciekawy. Bo ciekawy bohater to ciekawa historia. Fabuła służy urzeczywistnieniu historii, a więc zmagań bohatera. Nic więc dziwnego, że od tego należy zacząć, bo to kręgosłup całości.

 

Pierwsze, czym się zajmiemy to odpowiedź na pytanie o czym ma być ta historia. Jakieś tam Bąkaje, magio, walko - to są duperele które są wtórne i mają służyć do wydobycia tego, o czym jest historia. Na przykład taka tam Antygona jest o konflikcie między tym, co słuszne wedle praw ludzkich a tym co słuszne wedle praw boskich, i o rozdzierającym sporze jaki może między tymi dwoma nastąpić w ludzkim życiu, prowadząc do jego destrukcji. Gdzie każdy wybór jest  słuszny, pożądany i niezbędny, ale dokonanie wyboru - a do niego jesteśmy zmuszeni - oznacza tragedię. Taki Naruto jest zaś o tym, jak nie jesteśmy określeni z góry przez społeczeństwo, rodzinę, przeznaczenie w skrócie, ale jesteśmy ostatecznie panami swojego własnego losu… a przynajmniej tak było do pewnego momentu, bo potem nagle autor zmienił zdanie o czym to ma być i zaczął mówić, że Naruto jest o tym, jak dorastając odkrywamy kim mamy być, odkrywając swoje przeznaczenie, czyli to do czego zostaliśmy powołani do życia i co powinniśmy robić właśnie dlatego, bo to coś co jest w nas i nie da się przed tym uciec, trzeba to tylko zaakceptować (a więc zaprzeczył sam sobie, i w tym leży główny błąd Naruto, który powoduje że cała historia się załamuje nagle w połowie i dlatego was tak wkurzała, a nie dlatego bo plot no jutsu i durna wojna plus sharingan - te rzeczy to efekty tego błędu).

 

Cóż, o czym był OS?  Tak na końcu to nie mam pojęcia (znowu jakiś crap z przeznaczeniem… nieco. Nie wiem. Nie obchodzi mnie to, nie będę marnował mózgu na myślenie o czymś co nie ma sensu).  Niemniej jednak Bleach na początku był podobny do Naruto (self-direction), a skończył też jak on (destiny). Przeznaczenie jako motyw opowieści jest raczej słabe, gdyż ogranicza to, co może robić bohater do jedynie uzmysłowienia sobie swojego przeznaczenia. W najprostszej zaś postaci przeznaczenie tworzy bardzo drętwych bohaterów, bo i tak im się uda, skoro jest to im przeznaczone… są bezwolni, mogą tylko podążać za swoim przeznaczeniem. Zanim Bleach zdegenerował w tym kierunku,  to na początku to mniej więcej był całkiem solid: chłopak z problemami zostaje zaatakowany przez paranormalne moce i by chronić swoją rodzinę sam sięga po paranormalne moce. Od tego momentu jest zmuszony pełnić rolę de facto bohatera, choć tak naprawdę tego nie chce i robi to jedynie dlatego, bo inaczej jego rodzina znów mogłaby być zagrożona. Long story short: Ichigo uczy się co to oznacza być dorosłym.  Nie oznacza to egoizmu-dbam tylko o siebie i swoich bliskich; dorosły rozumie bowiem, że aby móc dbać o bliskich należy dbać o wszystkich, gdyż wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani. Ichigo od antybohatera zmienia się do bohatera. Od robienia tego, co musi z pobudek egoistycznych do tego co chce z powodów altruistycznych. Jest to ewolucja od zniewolenia do wolności.

 

Oczywiście był też aspekt ogólny-powyższe było umieszczone w kontekście młodzieńczego buntu wobec hierarchii, ustalonych ról, decyzji starszych. Postacie były na granicy wejścia w dorosłość, stąd ich niezgoda na ustalone ramy, w jakie miało być wtłoczone ich życie-o tym był SS arc w swej formie... ale nie o tym była opowieść, tylko jej kontekst, podglebie. I tutaj momencik na zauważenie, że co innego to, co wyszło,a  co innego to, na co strukturalnie wskazywała budowa opowieści. To, co w akapicie poprzednim to właśnie to, co struktura sugerowała. To w  tym akapicie to to, co Kubo napisał, i co większość ludzi się dopatruje, ale to tylko powierzchnia. Właśnie problem Bleacha polegał  na tym, że nigdy jego autor nie zajrzał pod powierzchnię, nawet nie zdawał sobie sprawy że to powierzchnia.

 

A, i teraz taka uwaga: message opowieści, czyli to, o czym to  jest, to widzimisię autora. Jego punkt widzenia. Historia służy do jego ukazania.

 

O czym to będzie:

Spoiler

 

Deeper meaning:

Spoiler

 

Że co? Że to jakieś poważne? Że co ja wyprawiam, przecież to battle shonen, no Lol? No i tu mam dla was info roku dziateczki: każda historia ma głębsze znaczenie poza oprawą, formą, a jeśli nie ma to jest przez was dissowana. Tylko że nie zdajecie sobie z tego sprawy, bo myślicie że diss idzie na nudne postacie, durne Power upy, itp. głupoty. Rozpoznajecie że coś jest nie tak, ale nie wiecie czemu. Atakujecie więc na oślep. Nawet najprostsza historia dla małego widza musi mieć deeper meaning. Różnica nie jest w obecności takiego znaczenia czy jego braku, ale w formie prezentacji. I w poziomie skomplikowania. Bo ten jest dostosowany do poziomu odbiorcy. Zakładam, że ta wersja bliczyka będzie adresowana do nastolatków i „Young adults” czyli 14-25 lat ze względu na czas trwania publikacji mangi. Manga długoterminowa, a taką są z zasady battle shoneny, musi brać bowiem pod uwagę, że jej czytelnicy będą dorastać, a wraz z nimi - ich oczekiwania. To forma jest lekka, reszta nie musi (i raczej nie powinna być).

 

Złączenie:

Spoiler

 

Już z powyższego szkicu można zacząć doić wiele elementów, motywów, szczegółów, ale to detale. By całość rozwijała się jak należy musimy iść etapami, by naszkicować ogólny plan o czym to wszystko ma być, czy i raczej-o czym to musi być, jak już poczyniliśmy pierwsze kroki. Bo z opowieściami jest jak z matematyką-czysta kartka papieru pozwala na wszystko, ale początek równania determinuje wynik. I tylko musimy znaleźć brakujący X.

 

Next time: tytuł oraz główny antagonista. Prawdopodobnie.


Użytkownik Craftsmen edytował ten post 07 styczeń 2017 - 13:17

  • ARRR! lubi to

#2 Luigi

Luigi

    ~random

  • User
  • Pip
  • 16 postów

Napisano 08 styczeń 2017 - 02:09

Ciekawych żeśmy czasów dożyli, w których całe forum jest równie puste i martwe co i samo Hueco Mundo, Świat Wydrążonych i tylko jakieś niemrawe, pozbawione energii duszyczki się po cichu wałęsają wśród pustki i zgliszcz. Drogie dzieci, dziadek wam opowie historię: dawno dawno temu, zanim zaraza i wojna przetoczyły się nad tą ziemią, miejsce to tętniło życiem, kwitł handel i rzemiosło a biedni ludzie uczciwie pracowali nad swoimi licznikami postów. W dziale Bleacha tętniły dziesiątki rozmów, czasem spokojnych i rzeczowych, czasem ucinanych znienacka gniewnym błękitem ostrza Azalii. Son Mati był jeszcze pacholęciem, a nieskrępowaną władzę nad całym działem dzierżył jegomość Kosmiczny, który nieraz stawał na czele swoich wiernych hord tardów i najeżdżał okoliczne podfora, w szczególności to od Naruto, gdzie walki toczyły się nieraz zaciekle. Ludzie w imieniu swoich Bogów, Kishimoto i Kubo (dział One Piece powstał długo później za sprawą pewnego bohatera, ale to inna historia) toczyli święte spory by raz na zawsze udowodnić wyższość jednego tytułu nad drugim. Na cześć Kosmicznego dział zwany był czasem „pałacem Las Noches”. Ale to są echa przeszłość, zaklęte w tychże oto ruinach, pośród których świszczy wicher. Opustoszały onegdaj urodzajne ziemie, wątki popadły w zapomnienie, potem w ruinę. I skonało podforum tak jak i skonała sama manga. Nawet najciężsi tardzi zmuszeni byli spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że to już nie to samo, że wszystko uległo zagładzie i pewnie tylko co poniektórzy z rozrzewnieniem wspominają dawne czasy młodości, kiedy to się zachłysnęli nową, świeżą, bliczowską wiarą i rzekomą jakością niesławnego SS-arcu.

 

Było, minęło, nie ma. Jak jest dzisiaj, jak jest teraz? Oto stoimy naprzeciw monumentalnemu truchłu, któremu to imię jest Bleach, które to kiedyś uwiodło fanów, teraz zaś stanowi głównie obiekt kpin; któremu jak się zdaje nawet szefostwo macierzystej gazety zdecydowało się w końcu wyrwać kroplówkę i cewnik i zakończyć ociężałe dogorywanie. Wady jakie są – każdy widzi, wymieniane były po wielokroć. Każdy kto dotrwał do końca potrafi ułożyć własną litanię zarzutów (dziwnym trafem „nie pokazali bankai XXX” pojawia się szalenie często...). Z której strony by nie ciąć skalpelem by dotrzeć do najgłębsze tkanki, wyłazi słoma i kiepskie pisarstwo, brak respektowania jakiejkolwiek dobrych zasad i wzorców i toczenie dzikiej awantury dla samej awantury, bez ładu, składu i sensu, zaprzeczając samemu sobie, wprowadzając udziwnienia i maskując wszelkie mielizny scenariusza kolejnym szeregiem nic nie wnoszących utarczek. Toteż zabawa jakiej się tu można podjąć to iście herkulesowe zadanie – zebranie tychże żałosnych szczątków fabuły, wodolejstwa i trollowania i skonstruowanie z nich czegoś bardziej strawnego. Dla zabawy, dla ćwiczenia, po to żeby starą wyobraźnię kopniakiem z miejsca ruszyć i zmusić do wkroczenia na wyższe obroty. Tony materiału do przerobienia, z czego rzecz jasna większość idzie bezpośrednio do kosza. Idea jest prosta: trzeba całość odrzeć z wszystkiego i pozostawić jeno główny trzon, ów pęd, z którego później można będzie tworzyć odrosty alternatywnych scenariuszów, innych założeń i bardziej pomysłowego rozwinięcia garści kiepskich pomysłów jakie autor zdołał z siebie wykrzesać pomiędzy jedną szpaltą a drugą.

 

Od czego można by tu zacząć? Craft próbuje wyjść od garści pierwszych odcinków, kiedy materiał jeszcze się opiera na garści rzuconych myśli i prostych założeń, kiedy jeszcze nie widać było całej niemocy autora do tworzenia porządnych historii. Intrygujący pomysł wyjściowy (premise jak to mówią nasi szacowni koledzy w krajach anglojęzycznych) może i laik i kompletny amator wymyślić, pytanie co z nim zrobi. W pierwszych 3-5 odcinkach mamy faktycznie jedynie bardzo niewyraźne zarysy, majaczące horyzonty, słowa-klucze i można by je rozwijać dając sobie spokój z szeregami idiotyzmów, jakimi nam raczono. Ma to sens jeśli celem jest faktycznie stworzenie porządnego dzieła w oparciu o ogólne założenia Bleacha i garść najbardziej charakterystycznych rekwizytów (Soul Society, Hollowy, sam Ichigo). Dość łatwo odpłynąć, unikając wszelkich pułapek jakie zastaliśmy w materiale wejściowym, po czym rozpocząć snucie własnej historii. To jest to, co tygrysy lubią bardzo: budowanie światów, nieskrępowaną wolę twórczą. Ale odniosłem wrażenie po lekturze otwierającego postu, że przy takim podejściu generalnie ginie gdzieś sam Bleach, w całej swojej pokracznej formie, jakim to go pan autor stworzył. Że to nie jest już Bleach tylko właśnie – coś innego, które potem pójdzie swoim torem, bo i po co miałoby sięgać do owej szuflady elementów, skoro i tak wiadomo, że się nie sprawdziły. Można i tak. Osobiście jednak wolałbym tę całą zabawę (bo jest to zabawa, a jak) zacząć jednak z nieco innej strony i zamiast od razu iść do „mięsa” i całego rdzenia historii, tak jak to Pan przykazał, zebrać całą fasadę i zestaw charakterystycznych elementów, które w oczach przeciętnego czytelnika są właśnie owymi głównymi składowymi mangi. No bo jeśli zapytamy takiego typowego fana czym jest kwintesencją Bleacha, czym są jego główne charakterystyki, najbardziej widoczne elementy – to cóż on nam powie?

 

Otóż ów tard zacznie ślizgać się po najbardziej zewnętrznej otoczce całości i wymieniać elementy „fajowe”, które właśnie powodowały po niego emocje w czasie lektury. W skrócie, sprowadzając całość do szeregu słów kluczowych: zanpakutou (w szczególności: bankai), hollowy, kapitanowie i ich dywizje, tajemnicza dywizja zero, Hueco Mundo, Espada, Cero, Quincy. To są główne składowe, które każdy fan od razu instynktownie po wsze czasy będzie kojarzył z tym tytułem, które stały się same z siebie – memami. To właśnie te elementy są parodiowane i najbardziej widoczne i to one niejako definiują tożsamość Bleacha jako mangi, chociaż faktycznie stanowią nic więcej jak ową wspomnianą zewnętrzną otoczkę, dekorację. I to są elementy niejako kluczowe tak, aby można w ogóle było wspomnieć, że to co się wytworzyło to jest napisany od nowa Bleach, a nie napisane od nowa nie-wiadomo-co. W tym momencie można by w ogóle pozbyć się całego punktu początkowego, od którego startuje Craft, będąc zgodny z pomysłami wejściowymi autora stojąc hardo w opozycji wobec całej reszty, po czym zamiast tego stworzyć coś skrajnie odmiennego, co jednak dalej będzie dla szarego czytelnika rozpoznawane jako pochodna Bleacha właśnie.

 

Można by zatem na przykład od razu na dzień dobry zmienić sam ciężar gatunkowy i z całości zrobić nawet komedię w stylu Gintamy; można by iść w horror lub wręcz bawić się w harem, z niezdarnym Ichigo upadającym twarzą w biusty Orihime i Rukii; zachowując zestaw charakterystyk dalej można będzie utrzymać tożsamość tworu jako pochodnej Bleacha.

 

Nie wiem, czy będę dalej podążał tym tropem; zmiana samego gatunku nęci mnie jako całkiem interesująca propozycja, chociażby dla zaproponowania jakiejkolwiek opozycji do tego, co proponuje Craft rozwijając zarys zastany z samym startem zgodnie z założeniami Sztuki. Prawdą jest, że wielu uznawało mroczniejszy i bardziej poważny ton Bleacha za jego niewątpliwą zaletę, w szczególności w opozycji do daleko luźniejszego Naruto (że o One Piece nie wspomnę). Fani lubili wskazywać, że dla odmiany Ichigo nie jest tym typowym stereotypowym, rozwrzeszczanym, hiperaktywnym dzieckiem przeznaczenia z czupryną jakby go piorun trzasnął. Ton był poważny i cała manga próbowała uderzać w poważny tom (co poniekąd powodowało, że drobne żarciki i mrugnięcia okiem pokroju Kona, które w lżejszej serii przeszły by gładko, raziły jako nie pasujące do całości). Rezygnacja z tego elementu wydaje się ujmować z całości. Czy głupkowaty Ichigo to dalej Ichigo, nawet jak ma czarne kimono, bankai i rzuca się ratować koleżanki? W jakimś stopniu na pewno.

 

W każdym razie nie idźmy na razie tym tropem, wróćmy natomiast do samego warsztatu, obserwować to, co akurat tworzymy. Pierwotnym założeniem jest tutaj wykrojenie wyróżników, ale nie są one jedynymi rzeczami, jakie wymienia zagadnięty fan. Trzeba jeszcze wspomnieć o postaciach. Wielu wskazywało, że to one są silną stroną tytułu, w szczególności przyciśnięci pytaniami o kulawy przebieg fabuły, gdy w 10 odcinkach bleacha działo się tyle co w 5 odcinkach Naruto i 3 odcinkach One Piece. Toteż jeżeli z całości chcemy wykroić jakieś kęsy do ponownego recyklingu, to z pewnością można by wybrać również cały szereg postaci. W szczególności fani będą wymieniać: Ichigo, Kyoraku, Zarakiego, Aizena, Ulqa, Grimjowa, Uraharę – wydaje się, że to główna śmietanka. Dla niektórych pewnie jeszcze Hitsugaya. Wymieniając tylko tę garstkę nie uważam przy tym, że reszta ssała – generalnie jeśli już robimy tę wiwisekcję to przyznajmy, że złe one nie były. Owszem, często były jedynie delikatnie zarysowane i nie doświadczyły w przeciągu serii jakiegoś rozwoju charakterów, nie miały jakichś spektakularnych motywacji, były jednak na tyle dobrze skonstruowane, że można je bez problemu zabrać i re-użytkować ponownie.

 

Rozpatrzmy bowiem takiego Zarakiego, który sam w sobie jest ucieleśnieniem prostego konceptu „boga wojny”, którego całą frajdą z życia jest ciągłe wystawianie się naprzeciw coraz to potężniejszych mocarzy, których może pozbawić ciągłości tkanek. Jest to proste, ale się sprawdza, ponieważ taka postać nie potrzebuje jakiejś rozbudowanej motywacji aby napędzać swoim działaniem rozwój fabuły. Niech no się pokaże jakiś potężny oponent na horyzoncie to on poleci, nie oglądając się na resztę współtowarzyszy, z czego mogą wyniknąć różne ciekawe skutki. Same walki w jego wykonaniu również generalnie potrafią cieszyć, ponieważ wiadomo, że nie będziemy mieć tu do czynienia z szeregiem podchodów i zdradzieckich taktyk, lecz z pokazem widowiskowej, brutalnej siły. Jego barbarzyńska niezłomność i imponująca siła fizyczna same w sobie pozwalają na tworzenie przyjemnej zawartości. Wystarczy chociażby pokazać jak Zły atakuje potężnym atakiem i zaczyna się śmiać pogardliwe swoim szatańskim rechotem, aż tu nagle głos więźnie mu w gardle gdy spośród chmury pyłu i kurzawy wyłania się postura broczącego w posoce wojownika, który przyjąwszy atak bezpośrednio teraz rzuca pogardliwym tekstem przygotowując się do własnego uderzenia. Jest to płytkie, ale szalenie się podoba, czego daje wyraz sam fandom, regularnie stawiając go na listach swoich ulubionych postaci. Kubo pisze kiepsko, ale głupi nie był i też korzystał z Zarakiego ile wlezie, wstawiając go, nieraz na siłę, tam gdzie tylko można było, traktując go jako jeden z kluczowych składników tworzonej historii. Wiedział to on, wiemy i my; w naszej alternatywnej wersji Zaraki niewątpliwie wystąpi w miarę niezmienionej formie.

 

Dość łatwo też jest stwierdzić, których elementów z oryginału z całą pewnością nie warto brać i rozwijać, ponieważ są tak kiepsko zrobione, że jedynie wzbudzają gniew w fanach. Można spokojnie pominąć Fullbring, nowych Quincy z Ychwachem na czelę, rozczarowujący motyw dywizji zero i króla dusz w karbonicie. Nikt pewnie nie będzie tęsknił za takim Zoomarim, czy Ganju (czy oni kiedykolwiek mieli jakichś fanów...?).

 

Z takiej pozycji wejściowej można się w końcu brać za lepienie i odpowiadać na pytanie „kto”, „dlaczego” i „co z tego wyniknie”. Przechodzimy w zasadzie do rzeczy, odbębniwszy najpierw mniej ważne z punktu widzenia Sztuki elementy, jako że były one zwyczajnie prostsze do zrobienia. Łatwo jest zebrać to, co się może podobać i wywalić to, co do naprawy się wyraźnie nie nadaje. Cały czas operujemy na tym co jużeśmy w formie parującego truchła dostali na samym początku, ale dość już tego odkrawania fragmentów z gnijącej biomasy, teraz czas zakasać rękawy i wypłynąć na szeroki przestwór budowania.

 

Pomińmy na razie radosny koncept Bleacha-Gintamy jak i Bleacha-To-Love-Ru, jakkolwiek mają one pewien kuszący urok i pójdźmy z konceptem poważnej historii o duszach i dorastaniu. Trzeba by zatem pomówić o motorze napędowym truskawkowego protagonisty, jego celach i o tym jak w trakcie trwania historii się przekształci. Zgodnie z diagnozą Crafta mamy tu do czynienia z chłopakiem, który generalnie staje w obronie rodziny w obliczu jej zagrożenia, czym zapoczątkowany jest stopniowy proces jego wychodzenia z okowów egoizmu. Kluczowe znaczenie ma w tym miejscu pojęcie odpowiedzialności. Renji z Byakuyą oszczędzili Ichigo i dla jego życia najbardziej korzystne byłoby skorzystanie z tej łaski i zignorowanie całej sprawy – niech no swoi rozwiążą swoje sprawy po swojemu. Poczucie winy daje jednak o sobie znać, bo w końcu to de facto przez niego Rukia straciła moce i została skazana. A Ichigo, jak to poznaliśmy niemal od samego początku, jest typem, który sam nie szukając okazji by zbawiać świat staje jednak po stronie słabszego jeśli ktoś go atakuje na jego oczach. Prezentuje tym samym naturalny, zdrowy kodeks moralny, którego ani nie analizuje ani nie rozwija; ot, po prostu robi to, co uważa za słuszne, tak jak mu podpowiada jego wewnętrzne poczucie sprawiedliwości. Jak więc można tego typu charakterystykę twórczo rozwinąć? Najprostszym sposobem jest oczywiście zderzenie bohatera z negatywnym skutkiem takiego postępowania, to bowiem wymusza kwestionowanie przyjętych norm i założeń. Niechże więc Ichigo ruszy na ratunek porwanym niewiastom, tylko po to żeby w pewnym momencie ktoś mu w twarz rzucił, że im dalej brnie w swojej krucjacie, w imię tego, co uważa za dobre, to tym bardziej grzęźnie, że tym bardziej naraża swoich bliskich, że rozwiązując jeden problem pędząc dzielnie na ratunek stwarza drugi, większy. W najbardziej dosadny sposób można to przedstawić jeśli heroiczna wyprawa, koniec końców kończy się fiaskiem, nakama ginie i nie ma na boku dobrej wróżki ze spinki, która magicznie pozwala wygodnie resetować wszystkie szkody do stanu uprzedniego. W tym momencie bohater jest po prostu zmuszony stawić czoła pytaniom, które dotoąd uporczywie ignorował i zacząć kwestionować czy tego typu powzięte postanowienie jest na dłuższą metę poprawnie i właściwie; widz zaś powinien wraz z nim zadawać sobie pytanie, co powinien zrobić: iść dalej naprzód, czy z bólem odejść dla dobra innych. Rzecz w tym, żeby postawiony w ten sposób dylemat moralny nie miał prostego rozwiązania, sprowadzającego się do obicia jakiegoś nieprzyjemniaczka po pysku, lecz żeby faktycznie dawał do myślenia. Jest też tutaj jeszcze trzecie rozwiązanie – że bohater się zwyczajnie złamie – ale na tym poprzestać raczej nie można. Etap żalu, choć niewątpliwie musi nastąpić, powinien zostać przełamany, a ostateczna decyzja podjęta. Jaka zaś ona będzie – tu można sobie pozwolić na dowolność wyboru, w zależności od tego co się chce powiedzieć i przekazać. Przy okazji, tego typu miażdżące wydarzenie stanowi dla bohatera przekroczenie magicznej granicy między byciem młodzieńcem, a byciem dorosłym. Moment, w którym okazuje się, że nie zawsze można wzorem kawalerii lecieć z niezachwianą pewnością siebie bezmyślnie naprzód.

 

Z grubsza mamy więc historię, wraz z jej punktem kulminacyjnym – wokół tego można zatem zacząć budować świat, modyfikując Soul Society tak, aby miało ono więcej sensu, wprowadzać fabułę i planować wydarzenia. Ale to może w części II, o ile nastąpi.



#3 kronos7

kronos7

    ~weaboo

  • User
  • PipPipPipPip
  • 1094 postów

Napisano 08 styczeń 2017 - 16:16

Moim zdaniem samo wprowadzenie Wandenreich do fabuły nie było złym pomysłem. Kuleje jak zwykle wykonanie tego pomysłu w praktyce. Mówię tutaj głównie o Yhwachu jako głównym antagoniście, który IMO miał potencjał być znacznie ciekawszy niż Aizen. No bo zastanówmy się przez chwilę - fragment jego duszy był dla głównego bohatera kimś w rodzaju przyjaciela i mentora. Można powiedzieć, że Yhwach jest dla Ichigo zarówno najgroźniejszym wrogiem jak i najbliższym towarzyszem broni. Aż się prosi, żeby zarysować relacje Ichigo-Bach w jakiś ciekawy sposób, można by nawet dać Kurosakiemu jakieś wątpliwości czy na pewno stoi po właściwej stronie (które mógłby jeszcze pogłębić fakt, że jego matka była Quincy). Tyle, że aby to wypaliło Kubo musiałby dać królowi Quincy jakiś dobry motyw działania i przedstawić (najlepiej w retrospekcjach) co go skłoniło do stworzenia rewolucji obalającej światowy porządek. Zamiast tego Kubo poszedł na łatwiznę i zrobił z Bacha typowego złego lorda wyżywającego się na swoich podwładnych.



#4 Craftsmen

Craftsmen

    ~weaboo

  • User
  • PipPipPipPip
  • 1072 postów

Napisano 09 styczeń 2017 - 21:04

@ Luigi: otoczka musi służyć opowieści. Kubo wybrał taką  nie inną, jest więc jasne, że ona zostaje, bo bez niej niema rozpoznawalnej formy która stanowi wyróżnik Bleacha. Problem w tym, że Bleach OS nie miał nic oprócz tych wyróżników. Style over substance, co jest wynikiem sposobu tworzenia autora, który w pierwszym rzędzie jest rysownikiem. W drugim rysownikiem. W trzecim rysownikiem. Może gdyby miał więcej czasu na obmyślenie co dalej, los tej mangi byłby inny, ale sposób w jaki działają te shonen jumpy etc. na to nie pozwala.

 

Nie sądzę, by było sensowne jednak tak daleko odlatywać jak to sugerujesz w jednym miejscu, bo to wtedy niczemu już nie służy, jeno pisaniu czegoś totalnie nowego. Nie ukazaniu niewykorzystanego potencjału, tylko wytworzeniu nowego. Nie pokazaniu na przykładzie o co chodzi, ale robienie nowego materiału. Dla zaglądających tutaj ta twórcza analiza ma o tyle wartość, że odwołuje się do czegoś, co już znają, i czego bolączek są świadomi. Robienie czegoś totalnie nowego to przekreśla. A taka Bleachtama by była czymś zupełnie nowym, bo nastąpiłoby zmienienie gatunku. Gatunek to format opowieści, i narzuca on pewne ramy, które definiują jaki typ historii można w nim opowiedzieć. Gintama nie nadaje się moim zdaniem do opowiadania tego typu historii, bo jest komedią. Raczej o jakimś wolnym duchu, self made manie, tego typu rzeczy. Ton, format-są zbyt inne. Trzeba by łamać gatunki, a ja nie chciałbym się tym zajmować...chyba że masz jakiś ciekawy pomysł.

 

Co do horroru: unikałbym. Z doświadczenia wiem, że takie łamanie gatunków jest zbyt trudne. Niemniej jednak elementy formatu horroru występują w postaci pomysłu hollowów - tego jak powstają. Nie celowałbym jednak w horror jako gatunek docelowy, bo nie sadzę, by w Bleachu było wiele miejsca na strach widza/czytelnika. Natomiast elementy-jak najbardziej, to da się tka ukierunkować.Horror opiera się na dwóch elementach character developmentu: 1. tego, jak przeszłość trzyma za twarz teraźniejszość (przewiny) 2. Tego, że boimy się wziąć za przewiny odpowiedzialności 3. symbolem tego jest coś, co jest nieludzkie (efekt przewin) próbujące zachowywać się jak człowiek. Jak widać z tej redukcji to wypisz wymaluj hollowy. 

 

Postać Ichigo: przypomniałeś jaki Ichigo był. A był statyczny. Mówił jedno (anty-bohater), a robił drugie (bohater klasyczny). I nic sie w nim nie zmieniało, no matter what. Jaki był taki został. Odrzucając potencjał (to o czym powinno być) postaci a skupiając się na tym, co pokazała należy powiedzieć, że w takim wypadku otrzymujemy postać daleko moim zdaniem gorszą, mniej ciekawą, bo jej jedynym problemem jest brak zdecydowania co tak naprawdę z sobą zrobić... do pewnego stopnia. Bo wyglądało to tak, że Ichigo chce po prostu się uniezależnić i stać dorosłym i nie ma z tym problemu.... w paradę weszło mu jego przeznaczenie, i po prostu z czasem je zaakceptował. Wydaje się, że autor zbyt skupił się na subwersji tradycyjnego bohatera battle shonena, takiego jak go opisałeś, i wyszedł z tego groch z kapustą bo to niczemu nie służyło oprócz subwersji (again-style over substance). Ichigo był tylko niestandardowy, natomiast nie miał żadnego arcu. Noooo może by miał jakby Final Getsuga odebrał mu jego dziedzictwo/przeznaczenie, ale do tego nie doszło, a nawet gdyby to niespecjalnie wiele z tego wynika bo wtedy po prostu wróciłby do bycia sobą. Niespecjalnie też taka postać współgra z sugerowaną tematyką opowieści, chyba że ktoś ma pomysł na inną zgodną z wizualnym instrumentarium (dusze, shingami i te sprawy). Tak jak pisałem można to rozwiązywać na nieskończoną ilość sposobów. Ja tylko sugeruję to, co mi się wydaje najlepsze, i coś co wolałbym samemu zobaczyć.

 

Jak już jednak przy tym jesteśmy, to skoro twistujemy klasycznego shonena dla samego twistowania to zawsze można dać Ichigo jego przeznaczenie, it o dosyć szybko, a potem odebrać czy dokładniej-on sam je odrzuci, z musu (final Getsuga). tylko, że zamiast dawać mu solidną bazę, która go określa i która pozwala mu wzruszyć na to ramionami ("a tam i tak wiedziałem kim chcę być"), zagramy tutaj w inne kalosze: można zrobić tak, by był bardziej typowy na początku, czyli właśnie pasowałoby mu odkrycie własnego przeznaczenia. Oznaczałoby to, że musi być jednak niezdecydowany co do swojej przyszłości, nie może być jej pewny (choć może utrzymywać tej pewności pozory). W trakcie jednak zrozumiałby, że są cenniejsze rzeczy niż własny fullfilment w życiu i poświęciłby to przeznaczenie (battle z Aizenem , final getsuga) dla innych, ewoluując z egoisty w altruistę. Druga połowa historii (połowa strukturalnie, nie ilościowo) opowiadałaby o radzeniu sobie z konsekwencjami tej decyzji (OK, utraciłeś moc, nie możesz już mahać mieczykiem...co teraz?). I to jest bardzo ciekawa zmiana, grająca bardzo dobrze, jeśli się nie boimy zmiany formuły i wiemy czemu to ma służyć. Ichigo musiałby przejść ewolucję od bohatera do mentora. To jedyny sposób, by i tematyka opowieści i utrata mocy współgrały. Po pierwsze Ichigo dokonałby wyboru anty-shonenowego, po drugie musiałby radzić sobie z nim, po trzecie osiągnąłby to poprzez stanie się innym typem postaci, po czwarte byłoby to rozwiązanie motywu przewodniego "jak żyć". Ichigo odpuszcza to, co wydaje się tak cenne i niezbędne w życiu-przeznaczenie; i potem nie może poradzić sobie z konsekwencjami decyzji i zaczyna wątpić, że była słuszna (może zejście na złą drogę, więc stanie się przeciwnikiem dla reszty?). By w końcu odnaleźć drogę. Mielibyśmy pełną heroic development: od zera do bohatera, od bohatera do villiana, by się nawrócić i zostać mentor character dla nowej generacji. Można to podciągnąć też pod metaforę nie tyle dorastania, co bycia dorosłym (1. podjarka wolnością 2. zboczenie na złą drogę 3. naprostowanie)

 

Ad. ratowańsko jako błąd: musiałbyś podać coś więcej, jakieś szczegóły jak by to miało wyglądać. Na papierze wygląda to dobrze, koncept jest ciekawy sam w sobie, ale jak ma zostać rozwiązany? jak ratowanie kogoś ma być błędem? to bardzo ciężkie do sprzedania, wątpię by było wykonywalne bez wpadania w moral blackhole pisarzy, którzy próbują relatywizować na siłę coś, co nie może być relatywizowane. Jeśli już, to wydaje się że może to sużyć jako jeden z serii argumentow/character developmentu z motywu dorastania: co innego ponosić ryzyko na własny rachunek, a co innego gdy nasze działania maja konsekwencje dla innych. Ratowańsko może odpowiadać Ichigo, ale czy poradzi sobie z faktem, że przez niego i wiarę w niego i jego umiejętności inni zaliczą deda? Czy poradzi sobie z konsekwencjami tego wszystkiego i jak zareaguje na nie? Nasuwa się myśl, że początkowo to go załamie, podkopie wiarę w ten wybór, ale ostatecznie przecież nie powinien dojść do innego wniosku aniżeli-tak, warto było i należało to zrobić, bo to słuszne, koniec kropka, i tak biorę odpowiedzialność za to co się stało. Inaczej mielibyśmy nie positive characer development, ale negative. Zamiast przezwyciężania własnych słabości i problemów pogrążanie się w nich. To oczywiście jak najbardziej dozwolone, i ponownie mamy nieskończoną ilość możliwości. Pytanie, jak to wpisać w większy obraz.

 

@kronos7:

 

Myślę, że Kubo nie miał wiele do gadania w tej kwestii, ani już specjalnie mu zależało.Widzieliście jak mu się twarz zmieniła? to wrak człowieka od tego ciągłego rysowania 20 stron w 5 dni. Non-stop. Oczywiście, że poszedł na łatwiznę. Ja na jego miejscu zrąbałbym tą mangę alta wcześniej by ja cancelowali i wreszcie mi dali spokój.

 

Ale Yhwach, zanpakii tp. to gadka na inna okazję. Jak będzie o antagoniście i settingu. Ale masz rację, są tu dobre elementy antagonisty. Mamy bliskość, mamy znajomość protagonisty. Pytanie, ilu takich można mieć w serii? odpowiedź: tyle, ile jest potrzebnych do opowiedzenia historii. A tak się składa, że niezbędny jest jeden atagonistą, i im mniej "podróbek" tym lepiej, bo historia jest gęstsza, bardziej skupiona i na temat. Ale to tasiemcowy też shonen, więc należy obmyślić iluś tam fejk-antagonistów. Ale żeby Yhwach zadziałał należałoby pomyśleć nad worldbuidlingiem. Ywhach kompletnie nie był foreshadowany i sądzę, że był w większości asspullem. Poza tym obawiam się, że byłoby trudno uzasadnić tak długie trzymanie go w kieszeni. Ale można nad tym pomyśleć. Pierwsze, co mi do głowy przychodzi to opozycja SS wobec Ichigo właśnie ze względu na to, że jest manipulowany przez Yhwacha. W kontekście tego posta (upadek Ichigo, szukanie mocy/przeznaczenia anew, pomysł Mario by twistować rescue arc) można tu wydoić ciekawe rzeczy. ALE. ale. Nie sadze, by Ywhach mógł być antagonistą. Moim zdaniem nie pasuje... No, ale może uściślijmy terminologię, bo sam tutaj bredzę:

a) antagonista to przyjmijmy w temacie ten, który sprawia, że bohater(owie) są zmuszeni działać. Antagonista jest aktywny, bohaterowie przeważnie reaktywni. Działanie antagonisty narzuca ton.

b) oponent to ten, który jest niezbędnym dopełnieniem protagonisty, będący jego przeciwnością w historii, a więc jest niezbędnym elementem by ją opowiedzieć.

 

Zalecane jest raczej, by antagonista i oponent byli jednym i tym samym, ale w shonenach taśmowych często jest tak, że antagoniści są fejkowi (w istocie nie ma konfliktu/konflikt jest rozwiązywalny i są nawet potencjalnym sojusznikiem bohatera) lub przejściowi, a oponent dewoluuje i zamienia się w ally. Pomieszanie z poplątaniem, dlatego dużo z shonenkow nie działa. Jest niedobrze, gdy antagonista jest kompletnie odklejony od roli oponenta. Rozdział, jaki wprowadziłem, nie jest poprawny, bo w narracji istnieje tylko oponent albo fejk oponent (a więc ktoś, kto zdaje się przeciwnikiem dla bohatera, ale w istocie nim nie jest-nie w strukturze opowieści, nie w jej sensie). By jednak się nie pomieszało, to proponuję "villianów" nazywać antagonistami, a strukturalnych przeciwników-oponentami.

 

Tak więc Yhwach jest antagonistą, ale nie oponentem, a przynajmniej mi nie do końca na niego pasuje. Bo żeby nim był, musi być niezbędną odwrotnością bohatera, chcieć tego samego, a to co reprezentuje ma pozwolić w wyniku konfliktu na progres protagonisty, a wiec jego character development, a tak naprawdę to zamkniecie-sfinalizowanie arcu i tym samym historii i jej sensu. To coś jak materia (protagonista) i antymateria (oponent)-ma wyzwolić energie (morał). Nie widzę, by Yhwach tu łatwo pasował.


Użytkownik Craftsmen edytował ten post 09 styczeń 2017 - 21:16


#5 ARRR!

ARRR!

    🎩

  • User
  • PipPipPipPip
  • 1014 postów

Napisano 09 styczeń 2017 - 21:57

Ciekawe le osób z ciekawości zajrzy do tematu, natchnie się i zechce coś napisać... ale przypomni sobie że to tylko blicz, że tak wiele jest do zmiany i zwyczajnie się zniechęci.
Nie wolałbyś założyć nowego tematu o nowej historii? Rozumiem że blicz cię zainspirował i jednak jakiś jego ułamek zostawił w tobie ślad fascynacji, albo po prostu chodzi o popularność serii?
A może Harry potter? Też jest trochę do zmiany, a jednocześnie jeszcze jest z czego zmieniać

 

 

 

Pierwsza sprawa - wydaje mi się że trochę za mało o aspektach wychowawczych shounena. Skupiasz się na deeper meaningu i tych sprawach, które sprawiają że człowiek czytając komiks może sobie dawać wymówki, że to jest deeper, że to nie taki traci czas na byłe komiks, bo jest tu motyw głębszy. Nie mówię, że oryginał miał cokolwiek takiego, poza "hurr durr ratowanie nakama". 

 

Rzeczy w shounenie, które sprawiają że biznes się kręci:

Dowcip

Główny bohater z którym młody shouen może się utożsamiać/współczuć mu/kibicować /podziwiać

Wianuszek kolorowych postaci łatwych do polubienia, żeby ci wszyscy introwertycy bez znajomych mogli ich traktować jako suplement dla własnej samotności

Tajemnice - sekrety - powód by wrócić po więcej

Wątki między bohaterami, bo 80% dyskusji o m&a to shippingi/która bohaterka powinna wygrać w haremie

 

 

 

Także Tatsuki Arisawa, która będzie odgrywała rolę childhood friend Ichigo, będzie tutaj działała przeciwko niemu. Oboje kiedyś chodzili ze sobą, ale nic z  tego nie wyszło, z powodu różnic charakterów i wciągania Tatsuki przez Ichigo w burdy. Tatsuki będzie nieco zazdrosna, ale przede wszystkim zmartwiona o „tą biedną dziewczynę”.

.O nieee. Robisz z ciekawej bohaterki - w której właśnie chodzi o to że się przyjaźni z Ichigo i Orichime, życzy obojgu jak najlepiej - w typową tomboy childhood friend. Właśnie jej pogodna osobowość i fakt, że między nią, a Iczykiem nic absolutnie nie było, ją wyróżniał. Rozumiem że fabuła, rozumiem że miałaby więcej miejsca w scenariuszu - ale sam motyw przyjaźni damsko męskiej jest tak ciekawym i trudnym do zrealizowania motywem, że nie warto go zastępować pseudo shippingbaitem. Akurat jej wątek był niezły

 


Ale dopiero fakt, że mimo, że Orihime to taka miła nice Innocent girl, która powinna być bezbronna wobec jego awansów, ona odrzuca je, czy raczej ich unika,  jest na nie odporna, wymaga kolejnych zabiegów które spełzają na niczym - to spowoduje, że zacznie być nią zainteresowany. Jako przeszkodą. To jest ten challenge, który jest w stanie go „uruchomić” i sprawić, że zacznie „być serious” (od razu widać, że wywalam fakt, że są childhood friends z OS do kosza. Orihime jest szkolną pięknością - i niewykluczone, że spoza szkoły Ichigo, to preferowane rozwiązanie; i to jej wygląd go początkowo przyciąga, a potem fakt, że ona się mu opiera. Stawia sobie za punkt honoru, by ja uwieść – mamy więc kolejną negatywną cechę charakteru. Potencjalnie ta relacja z czasem będzie katalizatorem przemian-ale by to opracować potrzebne jest wymyślenie na nowo Orihime, gdy będziemy tu bawić się w romance story, a ta wymaga dynamiki między kochankami, którzy wzajemnie się zmieniają na wskutek swojej relacji).

Okay. Zamieniłeś shounen w typowe shoujo
Dobra, żartuję. To generalnie brzmi bardzo fajnie jako motyw romansu, tylko musiałoby być mooocno rozwleczone w czasie żeby wpasować się w shounenie. W zależności od tego ile oryginalnej Orihime chciałbys zostawić

Cóż. Jak na razie głównym moim problemem w twojej koncepcji jest całkowite pozbycie się  Rukii - była, dla żeńskiej części widowni, odpowiednikiem głównej bohaterki. Rozumiem że chcesz ją zastąpić Orihime 2.0, ale ciężko dobrze połączyć role głównej bohaterki z MC love interestem - bo zwykle jedna (LI) jest gloryfikowana za cenę odrobiny osobowości, a druga ma za dużo osobowości, gagów, motywów które ją uczłowieczają (MC)

Dlatego tak często na końcu główny bohater nie kończy z główną bohaterką (oraz surprise factor)

Dlatego rodzeństwa dobrze sobie radzą jako główni bohaterowie


Użytkownik ARRR! edytował ten post 09 styczeń 2017 - 21:59


#6 Craftsmen

Craftsmen

    ~weaboo

  • User
  • PipPipPipPip
  • 1072 postów

Napisano 09 styczeń 2017 - 22:55

Nie wolałbyś założyć nowego tematu o nowej historii? Rozumiem że blicz cię zainspirował i jednak jakiś jego ułamek zostawił w tobie ślad fascynacji, albo po prostu chodzi o popularność serii?

 

A może Harry potter? Też jest trochę do zmiany, a jednocześnie jeszcze jest z czego zmieniać

 

 

Inne serie są trudniejsze do zilustrowania sposobu podejścia, a i naprawy. Paradoksalnie im coś mocniej zruinowane tym łatwiejsze. Naruto, dajmy na to, jest zbyt dobry by można było go łatwo rozebrać i złożyć do kupy w lepszy sposób. Rewrite czułoby się jako zbyt odległy od SM, zaś naprawa tego unikająca byłaby zbyt kosmetyczna, by była atrakcyjna, i musiałaby skupiać się na fabule w 90%, nie strukturze, co wymaga bardzo dużo pracy. Podobnie HP. Weiel zmian zaś byłoby kosmetyczno-mechanicznych, a strasznie upierdliwych. Np. komuś należałoby zmienić płeć-albo Sasuke, albo Naruto. 

 

Pierwsza sprawa - wydaje mi się że trochę za mało o aspektach wychowawczych shounena. Skupiasz się na deeper meaningu i tych sprawach, które sprawiają że człowiek czytając komiks może sobie dawać wymówki, że to jest deeper,

 

Nie chodzi o głębsze znaczenia. Ale o znaczenia. Tak jak mówiłem każda historia jeśli ma być dobra musi mieć znaczenie, i każda ma dokładnie taką samą strukturę z tego punktu widzenia. Pytanie tylko, jaki jest poziom skomplikowania i sposób prezentacji-dostosowany do odbiorcy. W istocie to jest jedyną różnicą między takim Reksiem a Zbrodnią i Karą.

 

Teraz jesteśmy na etapie rdzenia, silnika, szkieletu. Battle shonen to forma, to mięso, tkanki miękkie. Musza one jednak być na czymś zasadzone. Będą stanowiły większość masy i stanowiły o jej jakości, ale najpierw potrzeba nam szkieletu, bo on determinuje jak to to się będzie poruszać. Bez szkieletu to tylko kupa mięcha-będzie wyglądać obrzydliwe i nigdzie nie pójdzie. Zapadnie się w sobie i zdechnie. Jak Bleach.

 

Battle shonen to format historii, nie zaś jej sens. W skrócie, format ten jest odwrotnością formatu western comic book hero. Tam mamy origin story w formie krótkiej opowieści i koncentrację na tym, jak ktoś jest bohaterem. Battle shonen zaś to jedna, wielka origin story. Przy czym Bleach-i jednocześnie powód dlaczego był swego czasu tak popularny-to twist na tej zasadzie, bo bohater nie miał wielkiego celu do którego dążył, nie miał wywalonej na wierzch character desire. Dlatego prezentował doroślejszy i nieortodoksyjny typ narracji. A przynajmniej tak się zapowiadał.

 

W battle shonenach konfrontacja między protagonistą i oponentem jest fizyczna, ich zmagania są ufizycznione, reprezentowane w faktycznej walce, a ich metody walki, sposoby i powody są tego przedstawieniem. Innymi słowy to symboliczne starcie dwóch przeciwności. Shonen jest bardzo dosłowny w swej symbolice. Skupia się na dwóch elementach character arcu: przygotowaniu (planowaniu) i konfrontacji. Dlatego inne mogą wydawać się nieistotne, ale tak nie jest. By walka była satysfakcjonująca, musimy wiedzieć po co i o co postacie walczą, że something is at stake. I do czegoś to musi prowadzić, inaczej to nudna formuła bez treści. Choć może się wydawać, że ja tutaj lecę zbrodnią i karą tak nie jest. Osobiście Zbrodnia i Kara itp. wynalazki są dla mnie nudne jak flaki z olejem. Lubie jak w animu ludki się napierrrrrlalają.

 

Także to, że tematyka jest taka a nie inna nie oznacza, że całość musi/ma być ponura. Skądże znowu. Jestem zwolennikiem techniki Prachetta, gdzie bardzo lekkie 75% opowieści służy temu, by końcówka - śmiertelnie poważna - była tym bardziej mocniejsza.

 

O nieee. Robisz z ciekawej bohaterki - w której właśnie chodzi o to że się przyjaźni z Ichigo i Orichime, życzy obojgu jak najlepiej - w typową tomboy childhood friend. Właśnie jej pogodna osobowość i fakt, że między nią, a Iczykiem nic absolutnie nie było, ją wyróżniał. Rozumiem że fabuła, rozumiem że miałaby więcej miejsca w scenariuszu - ale sam motyw przyjaźni damsko męskiej jest tak ciekawym i trudnym do zrealizowania motywem, że nie warto go zastępować pseudo shippingbaitem. Akurat jej wątek był niezły

Jeśli postać ma sobą tylko tyle do zaoferowania, to raczej nie ma nic do zaoferowania. Ale faktycznie, zapomniałem o tym tropesie zużytym na maksa w mangu. Fakt, nie powinno się tego robić. Ale to nieistotne, tak naprawdę, bo to jak i po co to kwestia do opracowania-użyłem znajomej postaci, zamiast tworzyć nową. Tak naprawdę chodziło mi o ship Uruyuu-Tatsuki. Lol.

Więc masz racje, Tatsuki jako former girlfriend odpada.

 

To generalnie brzmi bardzo fajnie jako motyw romansu, tylko musiałoby być mooocno rozwleczone w czasie żeby wpasować się w shounenie. W zależności od tego ile oryginalnej Orihime chciałbys zostawić
 

Nie, dlaczego rozwleczone w czasie. Nie ma takich wymogów strukturalnych, to po prostu utarte postępowanie zakorzenione w metalogice, a ta to efekt intendend demographic. ale nasza demographic to 14-25. Więc nie widzę problemu. 

Poza tym romans to typ opowieści, w którym oponent i protagonista to kochankowie. Większość mangu romansu jest do kitu dlatego, bo tego nie rozumie, dlatego generuje absurdalne nieporozumienia by sztucznie utrzymywać ludzi w odosobnieniu.

Ile z oryginalnej Orihime zostawić? nie mam pojęcia. Okaże się w praniu. W każdym razie zarzucony pomysł shippowy to szkic propozycji jednej z warstw początkowego-podkreślam-konfliktu. Nie faktycznego. To watek poboczny, nie główny, i nie motywacja postaci. To initial hook of the story-Ichi lata za Orihime, bo jest egoistą. To pozwoli wpakować mu się na hollowa w postaci jej brata. 

 

I nie wyrzuciłem póki co żadnej postaci, po prostu o niej nie wspominałem. Postacie dzielą się na 4 zasadniczo typy: protagoniści, oponenci, sojusznicy, postacie tła. Rukia należy do grupy sojuszników, którzy wspierają bohatera na jego drodze. Przeważnie służą temu, by w środku opowieści stać się przeciwnikami dla bohatera ze względu na zejście bohatera z słusznej drogi na drodze do celu. Nie mowie tutaj o przeciwnikach w sensie fizycznym, walki, ale storywise.

 

Nie myślałem jeszcze o nikim innym oprócz protagoniście i oponencie (tekst jest już gotowy, czeka na korektę). Nie mam zielonego pojęcia, co z tego wyjdzie. Nie mam więc żadnych planów dla Rukii, wiem tylko że jej ship z Renjim w ostatnim chapterze to jakiś gwałt na ludzkości XD (cytując klasyka :"Nooo! IchiHime worse than NaruHina!")

 

Jedno jest pewne-gdy proponowałem od razu rolę dla Orihime widizlem ją raczej w zupełnie innej roli-jako możliwej antagonistki później. Ichigo jej nie kocha i raczej nie pokocha, bo niby jak skoro jedyny powód dla którego za nią gania to to, że ładnie by wyglądała u jego boku. Jedna z rzeczy, którą będzie się uczył w toku historii/character developmentu to właśnie to, czym jest miłość. 


Użytkownik Craftsmen edytował ten post 09 styczeń 2017 - 23:09


#7 Velo

Velo

    ~fan

  • User
  • PipPip
  • 213 postów

Napisano 15 styczeń 2017 - 23:31

Zróbcie miejsce dla mnie :-)!

 

rembdt.jpg

 

Mam drobną uwagę odnośnie zaproponowanego przez ciebie motywu przewodniego Craft. Pomysł z dorastaniem bohatera poprzez pokonywanie egoizmu jest świetny (dobrze pasuje do Ichigo i może przemówić do domyślnego odbiorcy), ale potrzebuje jeszcze jakiegoś punktu zaczepienia ze światem przedstawionym tj. z życiem pozagrobowym. Aby historia osiągnęła pełen potencjał element nadprzyrodzony musi w jakiś sposób dotykać go osobiście (coś w stylu – nie śmiejcie się – Wszystkie Psy Idą do Nieba).

 

Zakładając, że staramy się jak najmniej zmieniać z initial premise, wypadałoby sięgnąć po motyw ze śmiercią matki głównego bohatera. Mówiąc krótki – egoizm Ichigo mógłby przejawiać się m.in. w tym, że nie może pogodzić się ze śmiercią matki i próbuje wykorzystać swoje nowe moce do odnalezienia jej ducha. Fabuła w zasadzie pisze się tutaj sama – Ichigo wpędza Rukię w kłopoty nadużywając użyczonych przez nią mocy dla własnych, samolubnych celów. Aby naprawdę docisnąć śrubę można by dorzucić jeszcze Hollowifikację matki Ichigo, która tak jak i on nie potrafi znieść rozstania.

 

Jednocześnie sugerowałbym, żeby nie przeginać z tym motywem. Imho śmierć matki nie powinna nastąpić w wyniku jakiegoś traumatycznego wypadku, bo raz – za bardzo ułatwia to życie bohaterowi (tj. tłumaczy jego egoistyczne zachowania – kto nie dostałby bzika po czymś takim?), dwa – oddala bohatera od czytelnika (strata członka rodziny to norma, ale strata w wyniku nagłego/nieoczekiwanego/traumatycznego wypadku to dla większości domyślnych czytelników czysta abstrakcja).

 

*

 

Jeśli chodzi o bohaterów, to byłbym bezlitosny. Ich nadmiar był prawdziwą plagą tej mangi. Lubię wielu z nich, ale nawet najlepsi nie byli w stanie w pełni rozwinąć skrzydeł, bo co chwilę ktoś ładował im się w kadr. Tak być zwyczajnie nie może – trzeba dać czytelnikowi szansę na zżycie się z bohaterami. I nie mówię tu tylko o wyrzuceniu „tych złych” (tj. nudnych) – jak już Craftsmen wspomniał, nadmiar dobrych pomysł też potrafi szkodzić. Zatem, uśmiechamy się szeroko i wzorem mitologicznego Prokrusta tniemy wszystko co dynda ponad ramą. Nie ma że boli.

 

Na starcie wywaliłbym grupy „spóźnialskie” tj. tabuny postaci, które pojawiły się w dalszych częściach mangi. Mowa tu o Wandenreich, Fullbringerach i dywizjonie zero. Zwyczajnie nie są potrzebni – rozmywają fabułę, niepotrzebnie odciągają uwagę od głównych „bloków” postaci tj. Shinigami i „Hollowów” (a w zasadzie Espady), którzy w całości wystarczą do opowiedzenia historii o duchach i zaświatach.

 

Ychwach jako nowy główny zły odpada, ale imho można by wykorzystać elementy jego postaci do podbudowania Aizena ew. połączyć ich obu. Nie chcę rozpisywać się szeroko na temat głównego przeciwnika, bo nie wiem co tam Craft już sobie wykombinował, ale generalnie przeciwnik powinien rywalizować o coś z bohaterem – i tutaj jakiś śmiertelnik/były śmiertelnik, który nadużywa mocy nadprzyrodzonych, bo pokonać samą śmierć (czyli z grubsza to samo, co Ichigo) świetnie by się spisał.

 

Jeśli chodzi o członków ekipy Ichigo – im mniej, tym lepiej. Chada można skasować lekką ręką, bo w zasadzie nigdy nie rozwinął skrzydeł (wygląda na to, że autor stworzył go z musu, by mieć odpowiedni kontrast w drużynie bohaterów, ale nigdy go nie polubił i ostatecznie zmarginalizował prawie do zera). Przypadkowi sojusznicy a'la Ganju i Hanataro też mogą iść do kosza. Wszystko co oni robili mogą robić „główniejsi” członkowie ekipy Ichigo – na dłuższą metę wyjdzie to mandze na dobre.

 

Uryuu może zostać jako kontrast dla Ichigo i Mr Exposition. Orihime może zostać, gdyż – wybaczcie brutalność – ktoś po prostu musi oberwać rykoszetem, by główny bohater przejrzał na oczy. W przeciwieństwie do Maria odradzałbym jednak zabijanie nakama – to za duży kaliber na mangę tego typu. Orihime powinna zwyczajnie przejrzeć na oczy i odejść do Uryuu, a Ichigo powinien przyjąć to na klatę jak prawdziwy (prawdziwy prawdziwy, a nie „prawdziwy”) facet.

 

Dalsi sojusznicy bohatera – Urahara jest OK, pod warunkiem jednak, że nie wygryzie go przeciwnik. Tu znowu zdaję się na Crafta – jeżeli wykombinował już jak połączyć losy bohatera i przeciwnika (bo nie może to być po prostu przypadkowy złoczyńca z zewnątrz a'la Don Pedro z krainy deszczowców – im silniejsze więzi łączące głównego bohatera i głównego przeciwnika, tym lepiej) to Kapelusznik może bez problemu zostać, w takiej samej roli jak w OS. W przeciwnym wypadku sugerowałbym, żeby to właśnie Aizen posłużył bohaterowi za przewodnika do zaświatów/nauczyciela, który ostatecznie wykorzystuje Ichigo do własnych celów. Jeśli chodzi o konfratrów Urahary – poza Yoruichi do piachu, ew. daleko na trzeci plan. Nie potrzeba ich.

 

Ekipa z Soul Society, Espada i Vizardzi to już wolna amerykanka – poczekam na post Crafta odnośnie głównego przeciwnika, bo od niego uzależnione są relacje między wszystkimi postaciami. Główny bohater i główny przeciwnik to podstawa, reszta bohaterów to dodatek do konfliktu między nimi. Vizardzi potencjalnie mogliby zostać wycięci tj. na pewno większość z nich, bo tylko Shinji ma jakąś funkcję w fabule – wprowadzenie do Hollowifikacji – ale imho rolę tę mógłby przejąć ktoś z Espady (np. Nel, gdyby wywalić wątek z przemianą w dziecko i zastąpić go czymś w stylu Dordoniego).


Użytkownik Velo edytował ten post 15 styczeń 2017 - 23:32


#8 Karasu

Karasu

    ~fan

  • User
  • PipPip
  • 317 postów

Napisano 16 styczeń 2017 - 01:25

Jeśli bym miał dodać swoje trzy grosze, to uważam, że należy poprawić w Bleachu przede wszystkim samo uniwersum, bo jest ono niespójne i brakuje tutaj realizmu. Bo jeśli historia opiera się na realnym świecie, to powinna jednak z niego bardziej korzystać. I pisząc o realizmie i niespójności, to mam na myśli konwencję dusz, Quincy, Shinigami, wymiarów w których żyją i filozofii na jakiej bazują. I już na wstępie zaznaczam, że chodzi mi o Quincy w stylu Ryuukena, a nie grupę specjalnej troski pod przewodnictwem psychodziada Ywacha, bo to było jednak nieporozumienie.

Zacznijmy od tego iż, fakt że wszystkie dusze na świecie idą do jednego wymiaru w stylu azjatyckim jakim jest Soul Society jest dziwny i że lepszym rozwiązaniem byłoby gdyby do SS, który miałby też inną nazwę np Samsara szły dusze ludzi, którzy wyznają religie Dalekiego Wschodu. I wtedy pasują azjatycka konwencja, budynki, stroje itp. Z kolei ci co wyznają religie zachodnie czyli abrahamowe to szliby do własnego wymiaru mającego swoją nazwę jak chociażby Himmel albo coś z tym stylu i tam odpowiednikiem Shinigami byliby właśnie Quincy. Proste i czytelne. Mamy w ten sposób jasno określony konflikt, gdzie istnieją dwa rodzaje duchowych ras bazujące na wyznaniach świata realnego, które rywalizują ze sobą o władzę nad zwykłymi duszami i jednocześnie tępią Hollowy. Sam motyw cyrkulacji dusz i równowagi byłby lepszy, gdyby owa równowaga istniała tylko w przypadku Shinigami.

Bo u quincy by jej po prostu nie było, gdyż w ich wymiarze nie byłoby odpowiednika króla dusz i wtedy quincy by mogli zabijać pustych, a także dusze wschodnie na legalu, bo ich by to nie dotyczyło. Prowadziliby jednak swoistą krucjatę przeciwko "grzesznikom" i "złym duszom" w imię jakiejś wyższej światłości, a także walczyliby z shinigami, którzy według nich tolerują istnienie dusz w pustych, bo inaczej nie mogliby utrzymać swojego króla, gdyż jego ciężar duchowy sprawia, że owej równowagi nie ma. I to też by spowodowało, że shinigami chcąc przetrwać, to musieli dokonać czystki Quincy, którzy by przetrwali, ale byliby mocno osłabieni. Motyw wiec prawie ten sam, ale jednak z inną konwencją i nie mamy jasno określonej dychotomii jaką mamy obecnie czyli dobrzy Shinigami-źli Quincy.

Gdyż Shinigami z jednej strony nie niszczą dusz u pustych, tylko je oczyszczają, ale z drugiej strony robią to tylko dlatego, bo muszą utrzymać równowagę w swoim wymiarze. Do tego tępiliby dusze podległe Quincy choć bardziej sporadycznie, gdyż tylko te, które mają potencjał duchowy. Sami Quincy zaś niszczyliby dusze u Hollowów, bo one jako Hollowy dokonały wiele zbrodni więc jest to według nich sprawiedliwe, ale z drugiej strony niszczyliby też zwykłe dusze i to wszystkie i to tylko dlatego, bo wyznają nie tą religię co trzeba. To byłoby według mnie o wiele ciekawsze rozwiązanie. Samo uniwersum dzięki temu byłoby o wiele mroczniejsze, gdyż wszyscy by walczyli ze wszystkimi w niekończącej się wojnie totalnej.

Na samą genezę Shinigami i Quincy w takim przypadku to nie mam pomysłu, ale może ktoś inny coś wymyśli. W każdym razie, to tyle ode mnie.



#9 Haiot

Haiot

    Diler Kubo

  • User
  • PipPipPipPipPip
  • 1150 postów

Napisano 16 styczeń 2017 - 16:43


Bo u quincy by jej po prostu nie było, gdyż w ich wymiarze nie byłoby odpowiednika króla dusz i wtedy quincy by mogli zabijać pustych, a także dusze wschodnie na legalu, bo ich by to nie dotyczyło. Prowadziliby jednak swoistą krucjatę przeciwko "grzesznikom" i "złym duszom" w imię jakiejś wyższej światłości, a także walczyliby z shinigami, którzy według nich tolerują istnienie dusz w pustych, bo inaczej nie mogliby utrzymać swojego króla, gdyż jego ciężar duchowy sprawia, że owej równowagi nie ma. I to też by spowodowało, że shinigami chcąc przetrwać, to musieli dokonać czystki Quincy, którzy by przetrwali, ale byliby mocno osłabieni. Motyw wiec prawie ten sam, ale jednak z inną konwencją i nie mamy jasno określonej dychotomii jaką mamy obecnie czyli dobrzy Shinigami-źli Quincy.

 

Ale po co w ogóle utrzymywać Króla Dusz? Niby co on tam utrzymuje w równowadze? Wymiar soul society? Jak odsyłane dusz do SS w tym pomaga? Czerpanie reiatsu z przebywających dusz czy jak?Czemu wymiar Quincy tego nie potrzebuje?

 

Moim skromnym zdaniem, cały pomysł z Królem to pudło. Jak dla mnie to czystka quincy nawet nie musiałaby się koniecznie odbyć.

 

Piekło powinno być jedne

Huce Mundo powinno być jedne (Czyściec?)

Niebo powinno być jedne

 

Natomiast mogłyby by istnieć dodatkowe wymiary dla Azji(Soul Society), Europy(Quincy), Ameryki(Fullbringerzy? Chociaż ich nikt nie chce), Afryka(Szamani jacyś?).

 

I przykładowo do tych wymiarów trafialiby ludzie z potężniejszymi duszami, byłyby one silniejsze gdyż za życia osiągnęły coś znacznego(ratowanie ludzi podczas wojny albo wręcz przeciwnie przeprowadzenie totalnej rzezi).

 

Ishida z kolei nie musi być jakimś Last Quincy, tylko po prostu być synem ambasadora quincy na terenie azjatyckim. Zamiast tworzyć konflikt między rasami quincy/shinigami można stworzyć z nich raczej coś w stylu NATO przeciw Hollowom. Później można by dodać do tego jakąś politykę i rywalizację o wpływy pomiędzy tymi organizacjami.

 

Oczywiście nie wprowadzono by do tej powieści wszystkich przywódców tych organizacji, ani samych organizacji. Można by po prostu o nich napomknąć, by przedstawić pewien zarys, jak to wszystko funkcjonuje.

 

I cała sprawa związana z balansem dusz powinna być wymyślona na nowo. Bo nie kupuje np. rozwiązania, że Quincy niszczą Hollowy. To miało sens(Praktycznie zerowy, ale jakimś tam) gdy był Bach, ponieważ nie dbał on o równowagę wymiarów, ba chciał wszystko zawalić i mieć tylko jeden. Jeśli Bacha nie ma, to ten wątek nie ma sensu. Nie ma sensu też to, że cząstki shinigami/quincy/hollowa są jakieś różne i trujące dla siebie i trzymać je trzeba w równowadze. Takie pierdółki trzeba po prostu wywalić. 

 

Oczywiście w konsekwencji trzeba wywalić całą filozofię quincy o niszczeniu hollów, która była śmieszna i niedojrzała. Ludzka dusza nie powinna być niszczona za czyny kiedy była hollowem, bo to nie jest jej wina. Może trochę, ponieważ była zbyt przywiązana do życia, ale żeby to był grzech niewybaczalny karany anihilacją? No proszę was. Nie mówiąc o tym, że niektóre dusze są porywane do HM i przetwarzane na Hollowy z tego co pamiętam, więc to też nie ich wina. 

 

Balans Dusz/Quincy powinni być wymyśleni od nowa.

 

Powodzenia i miłej zabawy w tworzeniu Craft.


Użytkownik Haiot edytował ten post 16 styczeń 2017 - 16:44


#10 Luigi

Luigi

    ~random

  • User
  • Pip
  • 16 postów

Napisano 17 styczeń 2017 - 01:33

Zanim przejdę dalej do swoich wynaturzonych wynurzeń, pomysłów, projektów i rozpisek, pozwolę sobie jeszcze odnieść się do niektórych wcześniejszych wypowiedzi, zanim ulegną one całkowitemu zasypaniu pod lawiną nowej zawartości.

 

 

Chodzi bowiem o to, że główny bohater będąc śmiertelnikiem dostaje się jedną nogą w świat afterlife’u, i dlatego to, co się dzieje w jego życiu może mieć metaforyczne znaczenie. Jego egoizm może go przywiązywać do życia, a tym samym otworzyć na hollowifikację. Hollowifikacja oznacza zagrożenie dla jego rodziny, a więc dla tego, co egoistycznie chce bronić. Wyjściem z sytuacji jest odwrócenie się od egoizmu, co jest świetnym motywem, bo oznacza że najłatwiej Ichigo przyjdzie odwrócić się od egoizmu z pobudek… egoistycznych. Ergo nie uda mu się to, bo nie można będąc egoistą uciec od egoizmu używając go do tego. Będzie musiał dokonać zasadniczej zmiany swojego charakteru aby stało się to możliwe, ale zrozumie to później.
 

 

Z tego podziału hollow-shinigami jako obiecująca widzi mi się kwestia pokus i dwoistości natury, kolejna wariacja na temat dobrze znanego motywu dr Jekylla i Mr Hyde'a. W tym przypadku bohater będzie musiał stawić czoła stopniowo postępującej transformacji, która daje mu siłę – jakże potrzebną by wypełnić zobowiązania, ratować przyjaciół i służyć słusznej sprawie – lecz jednocześnie wymaga ceny i stopniowo oddala go od humanizmu w stronę zezwierzęcenia, szaleństwu lub po prostu czystego upojenia władzą i potęgą. Będziemy tu zatem przerabiać jeszcze dodatkowo lekcję, że z mocą igra się ostrożnie by samemu nie ulec destrukcji. I rozwiniemy to, miejmy nadzieję, daleko bardziej twórczo niż danie bohaterowi maski, z której wystają bawole rogi.

 

Tak w praktyce: gdy mieliśmy ostatni odcinek mangi nawiedziłem z tej okazji forum i w swoim poście narzekając na miałkie i do bólu przewidywalne zakończenie zaproponowałem w imię szoku poznawczego następującą ideę finału: mamy standardowe kilka lat po pokonaniu ostaniach nieprzyjaciół, pokój wszędzie panuje, wszyscy spotykają się i rozmawiają, mamy standardowy pokaz wszystkich znanych bohaterów w pożegnalnym „co robią za jakiś czas” i tylko Ichigo wszędzie brakuje. Koniec końców zbiera się cała paczka, Rukia, Renji, Inoue, Chad i Ishida, rozmawiają i na koniec wspominają „ach, jaki to dobry chłop z tego Ichigo był”. Ostatnie strony to przerzutka z roześmianych buź na pustkowia Hueco Mundo, gdzie w z zrujnowanym pałacu Ichigo przemieniony już całkowicie w Hollowa jako nowy król tej krainy śle swe kohorty pustych wojowników na poszukiwanie dusz. I mamy zakończenie otwarte, z przytupem, daleko barwniejsze niż klasyczny szczęśliwy koniec.

 

Tam to była propozycja końca, miast tego jednak można to wstawić w środek: oto na wskutek zdarzeń wszelakich Ichigo zostaje koniec końców zamieniony w potwora i przestawiony na drugą koniec barykady; z tego względu chwilowo brakuje głównego bohatera i reszta musi starać się wypełnić powstałą lukę, jednocześnie nie zaprzestając starań aby go na łono prawych i sprawiedliwych przywrócić. A że wszelkie prawidła gatunku zakładają, że moc przyjaźni i inne tego typu nonsensy mają druzgocącą przewagę nad wszelkimi formami wypaczeń i prania mózgu przeto najweselej by było zagrać na tej konwencji i specjalnie do samego końca odstawić Ichigo jako antagonistę – jak już się przemienia to z konsekwencjami, nie ma magicznych spinek przywracających do poprzedniego stanu, nie ma smoczych kul z życzeniami, nie ma upadłego samozwańczego boga z masowym wskrzeszaniem poległych. Tylko że wtedy tracimy to nasze przesłanie opiewane przez Crafta, jakobyśmy mieli śledzić rozwój wewnętrzny bohatera i jego transformację, wszystko w imię prostego szokowania i grania na schemacie. Ech, projektowanie jest trudne.

 

ozostaje kwestia afterlife’u, kwestia życia i śmierci. Na głębszej warstwie, opowieść będzie bowiem tym, o czym jest większość battle shonenów: to forma coming of age story. W tym wypadku jednak nie jest to opowieść o odkryciu swojego birthrigth przeznaczenia, ale raczej jest to opowieść o stawaniu się dorosłym. A jednym aspektów stania się dorosłym jest uświadomienie sobie swojej śmiertelności i skończoności własnego życia. Dzieci nie rozumieją tego konceptu, i nie mają pojęcia czym jest czas i jak szybko przemija, dopiero z wiekiem to się okazuje. Jednym z napięć jakie to wywołuje u części ludzi jest poczucie nieustannie tykającego zegara, które napędza ich do ciągłego gonienia, by wypełnić pozostały im czas czymś, co uznają za wartościowe-coś co jest dla nich sensem życia. Być zadowolonym z przeżytego życia poprzez czynienie go produktywnym (praca, rodzina, hobby)-to jest cel, ale raczej rzadko się udaje to naprawdę osiągnąć.
 

 

Mam wrażenie, że w te rejony mimo wszystko nie chciałbym się zanadto zapuszczać, głównie przez to, że jawiące się możliwości postrzegam jako mocno onieśmielające. Chodzi mi głównie o możliwe konotacje prostej idei, że mamy tu jawne zdefiniowane życie po śmierci. I teraz co w związku z tym? Ani Kubo ani jego postacie generalnie nie wydają się tym faktem poruszone, a wałęsające po domu duchy to ot, element codzienności, ubarwienie codziennej, monotonnej egzystencji. I z jednej strony faktycznie, można to postrzegać jako zmarnowaną szansę i niewykorzystany potencjał na to, aby na tym tle powiedzieć coś zastanawiającego i interesującego na temat ludzkiej natury, nadziei, doczesności życia, przemijania i nieuchronnie nadciągającej śmierci. Ale ja się nie czuję kompetentny aby tego typu tematyką bezpośrednio atakować i mierzyć się z implikacjami równie drastycznej zmianny. W końcu, na litość, chcę tutaj tworzyć klasycznego „battle shounena”, z typową jego zawartością, a więc: determinacją, pokonywaniem przeszkód, samodoskonaleniem się by sprostać nadciągającemu wyzwaniu, przełamywaniem barier, tak fizycznych (osławione wstawianie po atakach, które już dawno powinny kończyć sprawę) jak i społecznych (owo szukanie akceptacji w Naruto). W tym się czuję pewniej i raczej w to bym mierzył.

 

Ażeby nieco lepiej unaocznić co mam w tym momencie na myśli, popatrzmy na starego, poczciwego One Punch-Mana, który pod płaszczykiem niewinnego pastiszu, również przemyca dojrzałe treści związane z alienacją i motywacją. Można by w pewnym momencie wstać i powiedzieć, że koncepcja jakoby ludzie mogli stawać się superbohaterami i mieć rozmaite supermoce powinna mieć jakieś dosadne konsekwencje w sposobie organizacji świata, jego polityki, ekonomi i socjologii, ponad śmieszny podział na to, że są herosi z jednej strony i złoczyńcy z drugiej. I dogłębna analiza tego typu zjawisk i zagadnień doprawdziłaby pewnie do jakichś ciekawych wniosków, w tym jednak przypadku autor celowo nie bawi się w dopracowywanie szczegółów istniejącego świata, poprzestając na szerego uproszczeń i miast A-Z, chce bowiem nacisk i przesłanie kłaść w inne rejony. O ile bowiem dane założenie X można rozwijać zarówno w typową awanturę dla samej awantury, historię obyczajową bądź psychologiczną, to jednak niespecjalnie da się rozrastać idei na wszystkie strony naraz, szczególnie w skończonym czasie i objętości.

 

Oczywiście OPM ma o tyle łatwiej, że nie ukrywa, że jest umowny, podczas gdy Bleach stara się bardzo, aby wytworzyć dojrzały klimat (przez co i slapstick tym bardziej w nim razi). Generalnie wolałbym jednak tę treści i tematykę zaświatów nie drążyć. Oczywiście przez to niejeden krytycznie nastawiony uzna, że „szanse są zmarnowane”, a okazja do stworzenia pouczającej i poruszającej analizy kulturowej została zmarnowana w miejsce nic nie znaczącego hałasu i tandetnej bijatyki. Upraszcza mi to jednak znacznie snucie samej historii i tworzenie jej „mięsa” bo w tej zabawie zdaje się one dla mnie bardziej interesujące niż sama osteologia. Toteż raczej bohaterowie nie będą specjalnie drążyć w jaki to sposób istnienie życia pozagrobowego wpływa na ich światopogląd, lecz traktować zaświaty jako odrębną lokację z jakimś tam zestawem unikalnych praw, gdzie trzeba się udać i wrócić, bo wymaga tego sprawa. Że przez to tracę potężne możliwości analizy – trudno.

Po pierwsze, Ichigo to nie jest ofiara okoliczności, ale faktycznie jest delinquentem. Tylko takim wycofanym, który chce mieć spokój, bo kiedyś nabroił trochę za bardzo i to spowodowało kłopoty dla niego i przez to jego rodzinie, po prostu teraz jest ostrożniejszy. Ale jego poprzednie życie się za nim ciągnie i nie daje spokoju, a on tak naprawdę do końca z niego nie zrezygnował, ponieważ lubi gnoić plebejuszy i ten lajfstajl jako buntownika, który sięga po to, czego chce bez pytania. Tak więc choć obiecał zerwać z dawnym towarzystwem, wcale tego nie zrobił (motyw egoizmu). Unika tylko zbyt dużych kłopotów. Nie mamy więc do czynienia z typowym Main Char. Ichigo ma przekonanie o swojej wyższości i lepszości i lubi to okazywać tym, których uważa za gorszych od siebie. Ma więc kompleks wyższości, nie jest on jednak natychmiastowo widoczny, wyłazi dopiero tam, gdzie Ichigo uważa się za mastah. Oddaje pola plebsowi tam, gdzie nie czuje zagrożenia dla swojej wyższości i nie będzie afiszował się z tym, co potrafi bez potrzeby.

 

W sumie jakby polecieć po schematach to daje to dobrą okazję do wprowadzenia pożądanego rywala, bo z Ishidy jest marny. Ishida jest mocno bezpłciowy, ślęczy w tej samej klasie, a Ichigo ledwo go zauważa, poza tym praktycznie od razu przeszedł na pozycję sojusznika i drużynowego łucznika. I próba przetworzenia Ishidy w rywala z prawdziwego zdarzenia praktycznie deformuje go nie do poznania. Łatwiej tu o wprowadzenie nowego. Niech no więc Ichigo ma od dawien dawna zatarg z jakimś tam rywalem z innego gangu, dawny rywal, z którymi ciągle drą koty. Ichigo chce się już dystansować od tej dziecinady, a tamten ciągle go goni. No i teraz skoro Ichigo zdobywa moce shinigami i hollowa, to niech tamten drugi też je dostanie. I teraz dopiero będzie rywalizacja. Jak ten się będzie stawał walczyć z egoizmem i naprostować normalnie, tak tamten będzie się nurzał w nowo zdobytej mocy, traktując wszystkich jak śmiecie – bo w końcu, jak nakazują zasady Sztuki, bohater i jego rywal muszą być przeciwieństwami. Ileż w tym możliwości…!

 

A żeby to jego sylwetkę, tak dla zabawy, na kolanie zarysować: niech no on będzie duży, wysoki i gruby, nieco niezgrabny i hałaśliwy, drażliwy, o brzydkiej twarzy pełnej blizn.

 

Ichigo więc nie daje sobie dmuchać w kaszę, nie jest też idiotą, w istocie jest całkiem inteligentny. Ma kilka talentów, co najprościej ukazać jest poprzez sukcesy szkolne, w tym sportowe, ale z większości z nich nie korzysta do maksimum bo nie czuje takiej potrzeby. Innymi słowy - póki nie pokaże się w okolicy ktoś, kto zdopinguje go do wysiłku, będzie olewał. I to też nie może być byle kto, bo być zaledwie lepszym do niego to za mało, on musiałby poczuć, że jest ryzyko, że to może być prawda. Tego by nie zniósł (utrata nierealistycznego, dziecinnego obrazu samego siebie). Dodatkowo nasz Main Char jest spryciarzem, który potrafi wyzyskiwać swoją pozycję/talenty/sytuację w sposób uznawany przez innych za nieetyczny-ot, w OS humorystycznie przedstawiono to pokazując, że każe sobie płacić za uczestnictwo w treningach/meczach piłki nożnej, bo jest w tym tak dobry, że kluby szkolne się o niego tłuką.

Z miejsca pokazać to można na kilka sposobów, i wręcz trzeba to zrobić. Jest to bowiem zarazem starting point naszego MC, jego problem i słabość, którą musi przezwyciężyć, ale jednocześnie charakter appeal - bo patrzeć na jego drobne skubaństwa, a potem na od czasu do czasu złote zachowania będzie przyjemnością. Nie jest on draniem, raczej urokliwym draniem.

Na chwilę obecną nie mam żadnej spójnej wizji na temat mojej wersji Ichigo poza tą lekko zarysowaną w poprzednim poście. Opisany cwaniaczkowaty typek jakoś mi jednak nie pasuje. Z luźnych myśli: niech w mojej wersji będzie on raczej impulsywny, który generalnie nie pcha się w kłopoty ale jak je widzi to jednak działa nie myśląc o konsekwencjach, przez co one później go gonią. Można by go by i wyrzucić z gangu i delikwenta – 15 latek nie musi być od razu młodocianym bandziorem coby być egoistą – ale wprowadzić i tak wspomnianego oponenta poprzez jakiś zatarg, w którym Ichigo swoim zwyczajem wpycha się tam gdzie nie trzeba, a potem frustruje się ciągnącymi się latami kłopotami. Nauka samokontroli też w końcu może być motywem wartym rozważania.

 

Nie sądzę, by było sensowne jednak tak daleko odlatywać jak to sugerujesz w jednym miejscu, bo to wtedy niczemu już nie służy, jeno pisaniu czegoś totalnie nowego. Nie ukazaniu niewykorzystanego potencjału, tylko wytworzeniu nowego. Nie pokazaniu na przykładzie o co chodzi, ale robienie nowego materiału. Dla zaglądających tutaj ta twórcza analiza ma o tyle wartość, że odwołuje się do czegoś, co już znają, i czego bolączek są świadomi. Robienie czegoś totalnie nowego to przekreśla. A taka Bleachtama by była czymś zupełnie nowym, bo nastąpiłoby zmienienie gatunku. Gatunek to format opowieści, i narzuca on pewne ramy, które definiują jaki typ historii można w nim opowiedzieć. Gintama nie nadaje się moim zdaniem do opowiadania tego typu historii, bo jest komedią. Raczej o jakimś wolnym duchu, self made manie, tego typu rzeczy. Ton, format-są zbyt inne. Trzeba by łamać gatunki, a ja nie chciałbym się tym zajmować...chyba że masz jakiś ciekawy pomysł.

Pisanie czegoś totalnie nowego uznaję za zupełnie w porządku, nawet bardziej zajmujące niż tylko żmudna naprawa poszarpanego oryginału. Trochę tutaj widać manierę nauczyciela: zadajesz zadanie i ganisz jak komuś się zdarzy wyjść poza zadany zakres. Nie na temat, trach i punkty lecą!

 

 

Na starcie wywaliłbym grupy „spóźnialskie” tj. tabuny postaci, które pojawiły się w dalszych częściach mangi. Mowa tu o Wandenreich, Fullbringerach i dywizjonie zero. Zwyczajnie nie są potrzebni – rozmywają fabułę, niepotrzebnie odciągają uwagę od głównych „bloków” postaci tj. Shinigami i „Hollowów” (a w zasadzie Espady), którzy w całości wystarczą do opowiedzenia historii o duchach i zaświatach.

 

Nie zgodzę się co do dywizji zero, ponieważ Kubo prawdopodobnie niechcący wyszło tutaj coś interesującego: zainteresował czytelnika rzucając garść luźnych, niejasnych uwag i wskazówek na istnienie jeszcze jednej, ale specjalnej dywizji, rzucając nieco światła na konstrukcję swojego świata, która to podobnego materiału na gwałt potrzebowała. Niejasne zarysowanie majaczącej w cieniu większej struktury nakręciło samo spiralę zainteresowań fanów, którzy, nie wyłączając tu piszącego, tworzyli własne wersje, warianty i teorie, dostarczając ton materiału na dyskusje. Oczywiście to co z nimi Kubo zdziałał to inna sprawa. Tak, że o ile same postacie raczej niespecjalnie porywają, to sam koncept jest jak najbardziej w porządku i może zostać jako ta karta do odkrycia na później.

 

Dalsi sojusznicy bohatera – Urahara jest OK, pod warunkiem jednak, że nie wygryzie go przeciwnik. Tu znowu zdaję się na Crafta – jeżeli wykombinował już jak połączyć losy bohatera i przeciwnika (bo nie może to być po prostu przypadkowy złoczyńca z zewnątrz a'la Don Pedro z krainy deszczowców – im silniejsze więzi łączące głównego bohatera i głównego przeciwnika, tym lepiej) to Kapelusznik może bez problemu zostać, w takiej samej roli jak w OS. W przeciwnym wypadku sugerowałbym, żeby to właśnie Aizen posłużył bohaterowi za przewodnika do zaświatów/nauczyciela, który ostatecznie wykorzystuje Ichigo do własnych celów. Jeśli chodzi o konfratrów Urahary – poza Yoruichi do piachu, ew. daleko na trzeci plan. Nie potrzeba ich.

 

Urahara bardziej pasuje jednak po stronie antagonistów. Był to naprawdę kiepsko zmontowany element: oto ukrywa się uciekinier z Soul Society, a jednak Rukia w potrzebie bez problemu do niego trafia, by sobie załatwić zastępcze ciało. Yoruichi przynajmniej kamuflowała się jako kot (też bez sensu, ale z innych powodów). W każdym razie pasuje aby Urahara pomógł bohaterom z własnego interesu, chociażby przez wzgląd na zatarg z Aizenem, traktując nawet bohaterów jako zgraję mięsa armatniego.

 

 

Zacznijmy od tego iż, fakt że wszystkie dusze na świecie idą do jednego wymiaru w stylu azjatyckim jakim jest Soul Society jest dziwny i że lepszym rozwiązaniem byłoby gdyby do SS, który miałby też inną nazwę np Samsara szły dusze ludzi, którzy wyznają religie Dalekiego Wschodu. I wtedy pasują azjatycka konwencja, budynki, stroje itp. Z kolei ci co wyznają religie zachodnie czyli abrahamowe to szliby do własnego wymiaru mającego swoją nazwę jak chociażby Himmel albo coś z tym stylu i tam odpowiednikiem Shinigami byliby właśnie Quincy. Proste i czytelne. Mamy w ten sposób jasno określony konflikt, gdzie istnieją dwa rodzaje duchowych ras bazujące na wyznaniach świata realnego, które rywalizują ze sobą o władzę nad zwykłymi duszami i jednocześnie tępią Hollowy. Sam motyw cyrkulacji dusz i równowagi byłby lepszy, gdyby owa równowaga istniała tylko w przypadku Shinigami.

Generalnie zastanawiając się nad kwestią tej azjatyckiej konwencji, kimon, katan i słomianych bamboszy, wyszło mi, że korzystnie wprowadzić postać jakiegoś tam Założyciela, który parę setek lat temu zapoczątkował ten cały system inspirując się tym co zastał w tamtejszej Japonii, a potem poszedł w nieznanym kierunku (może nawet wrócić pod koniec jako swoiste deus-ex machina, ale to do przedyskutowania). Potem już tak zostało, bo shinigami są tradycjonalistami, a żaden komandor Perry nie zrobił im na Soul Society inwazję, coby przerwać ich sakoku. Co oczywiście dalej jest naciągane, ale przynajmniej oferuje jakiś cień wyjaśnienia. Może też nie są trafycjonalistami, ale po prostu takie są reguły wprowadzone przez Założyciela. Kiedy rekrutuje się duszę, to dostaje ona katanę, a nie na przykład szablę czy gladius, ponieważ założyciel zapatrzył się akurat w samurajów, a nie w polską szlachtę czy rzymskich gladiatorów. Tu niestety trzeba dokonywać nielichej ekwilibrystyki żeby zachować jednocześnie strukturę zastaną w Bleachu i logikę.

 

Tak swoją drogą, wyobrażacie to sobie? Bleach z Shinigami w czarnych kontuszach zamiast kimon i demeszką jako Zanpakutou? Może by podążyć tym tropem zamiast Bleachtamy…

 

W każdym razie trzeba by zapytać i o jurysdykcję shinigami, a zatem czy ten cały oddział 12 dywizji w SS to odpowiada tylko za Japończyków, czy za resztę świata też…? To też można rozwiązywać na różne sposoby.

 

A idea religii jako kryterium wyglądu Soul Society jest problematyczna: zaraz tam zwala się nam na łeb całe Chrześcijaństwo i shinigami-krzyżowcy walczący kopiami, gdzieś zaś w tym zamiesznaiu ginie wygląd i stylistyka Bleacha.

 

Ciąg dalszy nastąpi...


Użytkownik Luigi edytował ten post 17 styczeń 2017 - 01:54


#11 Craftsmen

Craftsmen

    ~weaboo

  • User
  • PipPipPipPip
  • 1072 postów

Napisano 18 styczeń 2017 - 02:09

  @Velo:

 

Pomysł z matką Ichigo: 

Spoiler

 

Uwagi nt. śmierci tragicznej - 

Spoiler

 Połączenie Yhwacha z Aizenem-

Spoiler

 

Co do celów oponenta: 

Spoiler

 

Kosiarka wśród postaci- 

Spoiler

 

Urahara- 

Spoiler

 

Ale zgadzam sie z ogólną koncepcją-że wycinać, bezlitośnie. Tylko że nie wiadomo co ciąć, bo nie ma planu. Myślę jednak podobnie-że Kapitanowie, Vizardzi i Espada to w zasadzie kwintesencja Bleacha (należy zauważyć, że mówimy o grupach, co sprawia że to są frakcje, a więc coś w stylu gangsta-Bleach cały zaciąga takim feelem i trzeba będzie temu być może jakoś zaradzić).

 

 Vizardzi jednak są dosyć mocno do poprawki, bo koncepcja shingami którzy dostali od Aizena maski jest bez sensu. Pamiętam jak jarano się tymi chapterami Turn back pendulum, a to było Jedno wielkie pierdulum. Nic w tym sensu nie miało. Mniejsza dlaczego, to nie temat na to.

 

@Karasu: 

Spoiler

 

@Haiot:  

Spoiler

 

 @Mario:

-hollowifikacja: 

Spoiler

 

-przemiana negatywna na koniec: 

Spoiler

 

-duchy po śmierci:  

Spoiler

 

Ale chyba się nie zrozumieliśmy Mario po co nam „osteologia”. Bohaterowie nie mają zastanawiać się nad sensem bycia. To my mamy to robić jako czytelnicy. Czy raczej może nie tyle myśleć, co być poruszonym tym, co przeżywają postacie. Historia wyraża te ciężkie tematy, ale o nich nie mówi. I tak tworzy się dobry ciekawy przekaz. I nie martw się, będziemy ostro pruć się nad plotem, ale najpierw należy wiedzieć, do czego on ma służyć. Samo bawienie się plote jest ok., ale bez reszty to tylko spis fajnych technik fabularnych. Myków. Ale do czego one maja służyć? To nie jest takie trudne wymyślić fajny myk. Problem jest by ten myk działał, czyli czemuś służył… Spójrz na Naruto. Kishimoto miał tam dużo myków. Tylko, że one na siebie wpadały robiąc chaos i rozwalając historię, bo Kishi przyznawał priorytet fabule, a nie historii. Nie można jednocześnie zabić Itachiego w epickiej bitwie tworzącej nowego Sasuke, a potem go wskrzesić… dwa razy. Fabuła jest zapisem historii, bez historii nie ma fabuły. Fabuła jest wyrażeniem character arcu. Innymi słowy story=plot.  Nie ma zaś historii bez postaci, te zaś nie istnieją bez problemów jakie uosabiają. A bez problemów jakie uosabiają nie ma żadnej identyfikacji czytelnika z opowiadaną historią (nie mylić z utożsamianiem się). I dlatego robi się nudna.

 

-antagonista: ok., ale ona m być na dłużej? Czy na chwile? Jeśli na dłużej, to  jaki sposób?

 

-impulsywność:  

Spoiler

 

-nie na temat, trach i punkty lecą: no bo na coś trzeba się zdecydować. Albo rewrite, albo wywalamy wszystko i robimy coś nowego. Tylko czy to będzie wtedy Bleach? Nie widzę po prostu alternatywy do trzymania się potencjału i rozpracowywania, co w nim jest. A to już daje nieskończoną ilość opcji. Wiec tak czy siak trzeba się decydować. Ale nie mowie „nie” - jesteś w stanie przedstawić coś ciekawego to proszę bardzo, ja nie mam nic przeciwko. Tylko że chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, co otwierasz właśnie. Nie, nie puszkę Pandory. Ale wrota do czarnej dziury. Wessie cię i tyle będziemy cię widzieć. Opracowanie czegoś od zera jest znacznie trudniejsze.

 

Ale będziesz miał okazję wymyślać ploty-spokojna głowa. 

 

 W istocie ten Rewrite jest złotym środkiem moim zdaniem-może nie proponowany content, bo tego nie wiem, ale metoda. Czyli że możemy robić w zasadzie wszystko, wszystko zmieniać, ale trzymamy się tylko kilku motywów oryginału oraz używamy już przygotowanego przez nią instrumentarium. To łatwiejsze, a jednocześnie znacznie kreatywniejsze niż prosta „naprawa”. Bo my de facto piszemy od nowa, stad nazwa-rewrite.

 

-dywizja zero:  

Spoiler

 

-Urahara: 

Spoiler

 

-Założyciel: 

Spoiler

 

Uwaga na koniec: wiem ze nikt prawie tu nie zagląda, i niemal nikt się nie wypowiada, a każdy mój post to cegła. Mam już kolejny temat przygotowany, ale chciałbym go wrzucić dopiero, jak ktoś coś odpowie na to co tu wysmażyłem, dorzuci coś nowego itp. Nie chcę z tego robić bloga. Wtedy doczepię do owego tematu moją odpowiedź i przy okazji zrobię szybką listę tego, co moim zdaniem ma potencjał, ergo taka pierwszą writing bible (chociaż to nie jest naprawdę writing bible, ale mniejsza z tym).


Użytkownik Craftsmen edytował ten post 18 styczeń 2017 - 02:16


#12 Kashmir

Kashmir

    ~random

  • User
  • Pip
  • 59 postów

Napisano 18 styczeń 2017 - 20:12

Niestety nie mam czasu (a może cierpliwości?), by napisać coś dostatecznie spójnego i rozległego, ale temat jest dla mnie fantastycznym pomysłem. Z racji mnogości postaci oraz niewykorzystanych kruczków fabularnych Bleach mógł być rewelacyjnym shounenem. Ale nie był ;) Dlatego wspieram działania i napisze parę luźnych pomysłów (choć zaznaczam, że [na razie] nie wchodzę tak głęboko jak wy):

1) Urahara absolutnie ma zostać antagonistą. A nawet jeśli nie antagnistą, to postacią niejednoznaczną w kontekście oceny. Kisuke kojarzyć mógłby się z np z Sindbadem z Magi. Ale możliwości jest więcej. 

2) Aizen mogłby być utożsamiany z antagonistą przez większą część tytułu, by totalnie to odwrócić do góry nogami po większej jego części. Przykład: balans dusz to jeden wielki crap, podobnie jak kwestia króla dusz (dyktator, or sth), Aizen to jakoś odkrył i chce to udowodnić poprzez swoją krucjatę. Tutaj też można wprowadzić Uraharę, jako postać, która nie jest ani po stronie Aizena (samozwańczego Robina Hooda balansu dusz), ani też shinigami (Yamamoto jako konserwatywny władca, plus najbliższa świta [Kyoraku, Ukitake] oraz inni Shinigame [Rukia, Renji] zagubieni wobec nowych infofmaci).

3) W nawiązaniu do powyższego- Zaraki Kenpachi mógłby być faktycznie tłumioną katastrofą. Gdy po większej części mangi odkrywa swój pełen potencjał zaczyna siać zniszczenie; chce walczyć z każdym by udowodnić swoją potęgę. Ten motyw można wykorzystać na milion sposobów:a) Zaraki pokonuje jakiegoś głównego antagonistę i sam staje się pędzącą katastrofą-> trzeba posłużyć się innym przeciwniekiem (Urahara, Aizen, Ychwach, Yamamoto, Ichigo etc.) b) Zaraki może być czymś w stylu Revana z KOTORA. Dawnym wielkim shinigami, który w wyniku starcia z kimś potężnym stracił pamięć. Kluczem do odzyskania potęgi jest odzyskanie pamięci. Tutaj już można wszystko. c).... pomysłów może być absurdalna ilość :) i wszystko będzie lepsze od tego co było w oryginale.

4. Motyw quincy nie musi być zły. Sam Ishida, dobrze poprowadzony może być niezwykle ciekawą postacią. Natomiast prowadzenie przez dłuższy czas łuczników w tle głównej historii dawałoby świetny motyw na plot twisty NIE Z DUPY, jak to wyszło w oryginale. Ponad to, mogłoby ich być znacznie mniej, np: Ychwach (potencjał postaci był imponujący, równie imponująco zwalony), Hashwald, Ryuuken. Tyle wystarczy, a daje mnogość możliwości. Ychwach może sobie nawet być potomkiem króla dusz, tylko należy to lepiej opisać i przedstawić.

5. Należy albo wywalić wątek piekła, albo rozwinąć potężnie. Dlatego obstaję za pierwszą opcją

6. Nakama Ichigo- Chada wywalić, nikomu nie jest on potrzebny. Ishide bardziej na wierzch wyjąć, nie musi być nudnym chłopcem do bicia. Orihime dać wątek zaskoczenia, o którym pisaliście wcześniej, bardzo fajny pomysł.

7. Kolejny pomysł, który może nadać "wyjątkowość Ichigo". MC mogłby być efektem eksperymentów Urahary i Isshina. Co daje fajną możliwość ustawienia wielce pozytywnego tatuśka w formie złego gościa. Matka Ichigo mogłaby być w gruncie rzeczy figurantką, a sam Ichigo sztuczną duszą, która zyskała niespotykaną samoświadomość. I tutaj wchodzi ciekawy wątek- co określa kogoś jako wolną i świadomą jednostkę. Można tez to połączyć z eksterminacją hollowów przez shinigami ('jakim prawem, to też są żywe istoty') oraz walką z soul society, jako samozwańczymi sędziami i wanna-be-gods typami.

 

 

Generalnie, zbyt wiele bym nie wywalał, bo jeśli Kubo zrobił coś dobrze, to wlasnie background postaci. Tylko należało ich potencjał wykorzystać, a nie spuścić w kiblu. Wątek sztucznych dusz (Kon) daje wielkie pole do popisu. Potencjał i tajemnice wokół Urahary, Zarakiego, wspaniałą niewykorzystana sprawa. I sam Aizen jako niejednoznacznie zła postać- potencjalny miodzio! Także do dzieła panowie :)



#13 Craftsmen

Craftsmen

    ~weaboo

  • User
  • PipPipPipPip
  • 1072 postów

Napisano 22 styczeń 2017 - 14:17

Nie będę dłużej czekał na replaye, bo temat zdechnie za bardzo. Wiec po prostu jak coś ktoś ma, to następnym razem niech dorzuci. 

 

@Kashmir:

Spoiler

 

 

 

No to chyba można przejść do następnego punktu, czyli wyciągnięcia na wierzch konfliktu, który będzie napędzał historie. Bo to, o czym mniej więcej ona będzie to mamy, ale to za mało. Mamy tylko jedną stronę medalu. Mamy strachy na lachy bohatera, ale nie mamy jego odwrotności, czyli antagonisty.

Antagonista to niekoniecznie ktoś, kto jest villianem, ale taki ktoś, ko reprezentuje sobą odwrotność protagonisty, a wiec tego o kim jest historia. Cz jest ktoś taki w OS?

 

 

Antagonista i oponent: struktura opowieści

Spoiler

 

Rola antagonisty w historii, porównanie do innych tytułów i wnioski (wybór oponenta):

Spoiler

 

And the final winner is!

Spoiler

 

Interim/fake antagonist: więcej niż jeden na naszej drodze

Spoiler

 

Urahara vs Aizen:

Spoiler

 

Yhwach:

Spoiler

 

Ale to będzie bliżej gdy zrobimy następny krok, na razie mamy jeszcze jedną kwestię: tytuł.

 

Whats in a name?

Spoiler

 

Bleach-to jest o praniu czy zabijaniu?

Spoiler

 

Next time: shinigami, hollow, zanpakutou, Soul Society, Hueco Mondo i magia. Krótko mówiąc-kosmologia Bleacha I jego artefakty-symbole. Setting.

 

PS. podsumowanie wszystkiego "na stole" zrobię inną razą.


Użytkownik Craftsmen edytował ten post 28 styczeń 2017 - 14:41


#14 Luigi

Luigi

    ~random

  • User
  • Pip
  • 16 postów

Napisano 24 styczeń 2017 - 01:57

Zanim ja się zbiorę, zanim znajdę tę chwilę by zasiąść i coś napisać, jak za starych chwalebnych czasów, to już masa nowych rzeczy. Wydaje się, że to jedyny taki dynamiczny temat w tej całej forumowej trupiarni. No nic, podejmijmy dalszą, beznadziejną walkę o utrzymanie się na bieżąco z chmarą zawartości…

 

 

Rzeczy w shounenie, które sprawiają że biznes się kręci:

Dowcip

Główny bohater z którym młody shouen może się utożsamiać/współczuć mu/kibicować /podziwiać

Wianuszek kolorowych postaci łatwych do polubienia, żeby ci wszyscy introwertycy bez znajomych mogli ich traktować jako suplement dla własnej samotności

Tajemnice - sekrety - powód by wrócić po więcej

Wątki między bohaterami, bo 80% dyskusji o m&a to shippingi/która bohaterka powinna wygrać w haremie

 

 

No to lecimy ze składowymi.

 

Z dowcipem może być problem, bo humor albo się czuje, albo nie i próba wprowadzenia go na siłę się kończy często żenująco. Nic więc dziwnego, że Craft i reszta odkładają na razie to wraz zresztą detali na półkę, skupiając się póki co na rusztowaniu, szkieletach i centralnej rozpisce co z czego gdzie jak i w czym. No ale spróbujmy poskakać to tu, to tam i inkrementować całość przyrostami na różnych poziomach i płaszczyznach.

 

Dowcip, który wydaje się generalnie działać polega w tymże gatunku na nazbieraniu oryginałów, którzy nie pasują do siebie od razu, lecz się wpierw muszą dotrzeć. Na różnych niedużych bzdurkach zaczynają się wszelkiego rodzaju sprzeczki, które dodają sytuacji kolorytu i pozwalają widzowi na polubienie gromadki, tak jak to się dzieje czy to w Gintamie czy to w One Piece. Można tu zastosować klasyczne schematy, pokroju tego, że jeden z bohaterów to generalnie bezmyślny idiota (w shounenach zaskakująco często przypada takiemu rola protagonisty…), drugi zaś pełni rolę komentatora na bieżąco punktującego wszystkie absurdy sytuacji i zachowań jakie się dzieją wkoło. Jest to typowa rozdziałka, sformalizowana w skeczach manzai, gdzie odpowiednie role noszą terminy boke tsukkomi . Tylko pytanie, kto by w bleachowej wersji poszczególne role pełnił. Generalnie Ichigo jako narwany się nadaje się na pierwszego, a taki Ishida na drugiego. To jednak dość daleko idące uproszczenie. W każdym razie, idea jest taka, ażeby humor realizować na poziomie dialogów i bohaterów złośliwie dogryzających sobie i punktujących nawzajem rozmaite przywary, co ma dodatkowy pozytywny efekt podkreślania ich braku perfekcyjności, skaz na charakterze, drobnych dziwactw wyróżniających ich spod tłumu, bo nie ma nic gorszego niż postać przedstawiana jako nudny pomnik z samych cnót, tłukąca niecnych wrogów niczym Roland Saracenów. Jeśli uda się stworzyć odpowiednio żywe, energiczne dialogi to o humor można być spokojny.

 

Rzecz oczywista nie chcemy cudów pokroju postaci kopiącej w tyłek drugą zaraz po wejściu, tuż przed twarzami oczekujących wrogów, ponieważ to takie zabawne (ha, ha, nie).

 

Dwa. Wianuszek postaci to nie problem. Tu nie musimy nawet wymyślać. Jak już pisałem akurat postaci, co ich fani polubili, Kubo dostarczył na pęczki, a problemem jest raczej to, że jest ich za dużo, a niektórzy są zbyt często pchani na pierwszy plan. Nie trzeba wiele wykoncypować, starczy garściami brać od tego co mamy, gdy zajdzie potrzeba.

 

Sekrety potworzą się samoistnie w miarę konstrukcji owego rdzenia i głównej linii. Starczy zdefiniować, w którym miejscu chcemy dokonać drastycznej zmiany (zdrada, zemsta, zmiana stron, odkrycie tożsamości i tym podobne), a potem cofnąć się i nasączać wcześniejszy materiał dwuznacznymi wskazówkami. Cały dowcip w tym, żeby w momencie zwrotu akcji czytelnik miał na talerzu wszystkie informacje aby samemu zdołać przewidzieć o co może chodzić, jednocześnie na tyle rozproszonych, aby nie były one oczywiste. Inteligentniejszy czytelnik, który nie da się zwieść odczuje wówczas satysfakcję, że dobrze przejrzał intrygę, a mniej uważny zostanie zaskoczony kompletnie, że przecież wszystkie poszczególne kawałki miał obok siebie, starczyło dodać dwa do dwóch.

 

Parowanie bohaterów to naturalnie też rzecz wesoła. Z mojej obserwacji wynika, że zawsze wygrywa ta bohaterka, której nie lubię. Tak się składa, że przeważnie kibicuję tym mniej aktywnym, pasywnym bohaterkom, które darzą nieśmiałym uczuciem swojego wybranka, które przegrywają z energicznymi tsundere, ponieważ te są bardziej przebojowe, a przez to bardziej atrakcyjne dla widza i czytelnika (nie wiem jak bohatera, jakoś nie ciągnęłoby mnie do związku z pyskatą, agresywną zołzą…). Toteż praktyka nakazuje aby w naszej wersji zaprezentować oba typy (z większą ilością dryfujemy już w stronę haremu), bo w Bleachu generalnie mamy tylko Orihime. No bo Rukia tak jakby nigdy mi się nie jawiła jako element związków romantycznych (że fani widzą swoje to inna sprawa…), poza tym ile ona ma lat, kilkaset…? Zawsze mnie uderzało, że nikomu to nie sprawiało problemu w zestawianiu ją z Ichigo, jakby ta dysproporcja nie istniała. W dygresji powiem, że długowieczność shinigami zawsze mi przeszkadzała, także i w innych miejscach.Najlepiej by to zatem wyrzucić i wtedy sytuacja nieco by się zmieniła. Dalej jednak nie bardzo widzę potencjał na Ichigo z Rukią, biorąc pod uwagę, że tamta to de facto bezcielesny, nieumarły duch. To znaczy, ja wiem, że fani nie takie rzeczy widzieli (mamy w końcu zombie w Sankarea, nie wspominając już o czymś takim http://mangafox.me/m..._rex_na_kanojo/ i podobnych…), ale dalej mi nie pasuje. Tatsuki jako ten niewykorzystany kobiecy charakter wydaje się rokować o wiele większe nadzieje na ciekawie poprowadzony związek.

 

Natomiast o ile Rukię bym wywalił z elementów romantycznych, to Nel (lub jej odpowiednik) nie, ale w odmiennym charakterze – jako swego rodzaju potwora-vampa, sukkuba, który z zachwytem dybie na krocze bohatera, ku jego konsternacji. To dopiero materiał na interesująco poprowadzone wątki i interakcje…!

 

Ale my tu rozważamy głównie rolę czołowej nałożnicy głównego bohatera, a przecież co jest warte odnotowania to fakt, że reszta obsady generalnie w tego typu historiach jest traktowana mocno po macoszemu. Wszyscy rywalizują tylko o serce i penisa głównego konia w stadzie, natomiast rzadko zdarzają się jakieś wojny na planach dalszych. Wobec tego warto by rozwijać wątki romantyczne między bohaterami mniej istotnymi dla fabuły, niechby tylko jakąś wzmianką. Można by tak odwracać motyw haremu, że trafia się on nie protagoniście, lecz jakiejś osobie w jego otoczeniu, a on jedynie łypie zazdrośnie okiem, że też by tak chciał i jakby tak miał, to by korzystał, że hej…! By tylko bielizna leciała na wszystkie strony.

 

 

 

Nie chodzi o głębsze znaczenia. Ale o znaczenia. Tak jak mówiłem każda historia jeśli ma być dobra musi mieć znaczenie, i każda ma dokładnie taką samą strukturę z tego punktu widzenia. Pytanie tylko, jaki jest poziom skomplikowania i sposób prezentacji-dostosowany do odbiorcy. W istocie to jest jedyną różnicą między takim Reksiem a Zbrodnią i Karą.

 

Teraz jesteśmy na etapie rdzenia, silnika, szkieletu. Battle shonen to forma, to mięso, tkanki miękkie. Musza one jednak być na czymś zasadzone. Będą stanowiły większość masy i stanowiły o jej jakości, ale najpierw potrzeba nam szkieletu, bo on determinuje jak to to się będzie poruszać. Bez szkieletu to tylko kupa mięcha-będzie wyglądać obrzydliwe i nigdzie nie pójdzie. Zapadnie się w sobie i zdechnie. Jak Bleach.

 

Strukturalizm pełną gębą…! Ale niekoniecznie chciałbym robić to w ten sposób i miarowo najpierw składać do kupy rusztowanie, a potem je wypełniać. W końcu całe to wypełnienia można tworzyć równolegle i na zapas, a potem powybierać to co pasuje. Mało tego, często można modyfikować całą strukturę i wielki ogólny plan projektu ponieważ to się wymyślono pojedynczą scenę, postać lub wątek zbyt przyjemną aby z niej rezygnować. Opisując las nie bójmy się raz za jakiś czas schodzić na dół przyjrzeć się pojedynczemu drzewu.

 

 

W istocie mnie osobiście w tym całym przedsięwzięciu bardziej bawi dłubanie w szczegółach i zabawa konwencjami niż ogólna struktura całości.

 

 

 

Zakładając, że staramy się jak najmniej zmieniać z initial premise, wypadałoby sięgnąć po motyw ze śmiercią matki głównego bohatera. Mówiąc krótki – egoizm Ichigo mógłby przejawiać się m.in. w tym, że nie może pogodzić się ze śmiercią matki i próbuje wykorzystać swoje nowe moce do odnalezienia jej ducha. Fabuła w zasadzie pisze się tutaj sama – Ichigo wpędza Rukię w kłopoty nadużywając użyczonych przez nią mocy dla własnych, samolubnych celów. Aby naprawdę docisnąć śrubę można by dorzucić jeszcze Hollowifikację matki Ichigo, która tak jak i on nie potrafi znieść rozstania.

 

 

 

Ja rozważałem wprowadzenie konfliktu jeszcze w inny sposób. Generalnie w tym świecie rola shinigami sprowadza się do tępienia hollowów oraz przenoszenia wędrujących dusz pokutujących ku zaświatom. Bohater zaś w całą awanturę wplątuje się poniekąd dlatego, że te wszystkie nadprzyrodzone duchy widzi. Jest to pierwsza rzecz jaką się dowiadujemy o bohaterze w mandze (poza tym, że potrafi przyłożyć).

 

Pomysł zatem leciał tak, że Ichigo miałby jeszcze jedną siostrę, która jednak w młodym wieku zginęła, być może razem z matką w jakimś wypadku (Grand Fisherowi mówimy nie). Nie opuszcza jednak przy tym tego padołu i dalej towarzyszy Ichigo, który widząc duchy widzi i ją. I teraz pakuje się z buciorami w to wszystko Rukia, która wlatuje nagle bohaterowi do pokoju przez okno i zaraz zabiera się do egzorcyzmów, nie oglądając się na nic. I tu Ichigo staje w opozycji wobec Shinigami, Soul Society i Rukii w ogóle. Powiedzmy, że Shinigami nie tyle uwalniają te wędrujące duchy, co je niszczą, bo każdy taki to potencjalny hollow i potwór. Z jednej więc strony Ichigo walczy by ducha jego siostry nie zlikwidowali, z drugiej strony stara się aby nie zamieniła się z hollowa, co stawia go w otwartym konflikcie z Soul Society. Rukia jednak jest zmuszona wejść z nim w komitywę (atak innego hollowa), przynajmniej tymczasowo.

 

O tym materiale mogę powiedzieć, że wydaje się trudny w prowadzeniu, to znaczy o ile sama koncepcja antagonizowania Ichigo z Soul Society mnie bawi, to trudno by przedstawić co było dalej, w końcu przy takiej dysproporcji sił bohater raczej jest bez szans. Chyba, że wprowadzić Uraharę nieco wcześniej: to nie Rukia przychodzi do niego, tylko on do Ichigo, bo widzi w jego „potencjale” możliwość na to, aby wprowadzić poprawne porządki, powiedzmy: shinigami faktycznie mogą ratować te dusze, ale je wolą niszczyć bo tak jest łatwiej. I krucjata Ichigo z towarzyszami do Soul Society będzie dotyczyła nie tyle ratowania uwięzionej koleżanki co próbie wymuszenia powrotu do bardziej chwalebnych zachować.

 

Przy czym właśnie jest aby ów duch, co to go Ichigo próbuje chronić przez zanpakutou czarnej mafii, był raczej jego rodzeństwem, a nie matką. Duch matki raczej by wolał sam się oddać pod nóż byleby potomstwa nie narażać na związane z tym wojaże i cierpienie, do tego trudno mi sobie wyobrazić nastoletniego chłopaka, który ma dobre relacje z duchem własnej matki. Co innego w przypadku ducha siostry, która zmarłszy w młodym wieku, pozostaje młoda w formie bezcielesnej, również pod względem charakteru, a Ichigo dorastając przy niej przechodzi w stronę opiekuńczą i protekcyjną.

 

 

 

Jednocześnie sugerowałbym, żeby nie przeginać z tym motywem. Imho śmierć matki nie powinna nastąpić w wyniku jakiegoś traumatycznego wypadku, bo raz – za bardzo ułatwia to życie bohaterowi (tj. tłumaczy jego egoistyczne zachowania – kto nie dostałby bzika po czymś takim?), dwa – oddala bohatera od czytelnika (strata członka rodziny to norma, ale strata w wyniku nagłego/nieoczekiwanego/traumatycznego wypadku to dla większości domyślnych czytelników czysta abstrakcja).

 

 

 

Z tym, że usuwając matkę z widoku or razu można snuć wskazówki, że nie była ona do końca zwykłym człowiekiem, wprowadzić tajemnicę związaną z jej śmiercią, czy nawet motywy zemsty, co zresztą z jakimś tam skutkiem próbował robić oryginał. W każdym razie jeśli się już jej pozbywamy, to najlepiej w młodym wieku, aby rany się zdążyły zabliźnić, dzięki czemu mija problem identyfikacji czytelnika z bohaterem, w końcu dookoła w seriach pełno jest sierot. Ot, Naruto. Ot, Harry Potter.

 

 

 

Ychwach jako nowy główny zły odpada, ale imho można by wykorzystać elementy jego postaci do podbudowania Aizena ew. połączyć ich obu. Nie chcę rozpisywać się szeroko na temat głównego przeciwnika, bo nie wiem co tam Craft już sobie wykombinował, ale generalnie przeciwnik powinien rywalizować o coś z bohaterem – i tutaj jakiś śmiertelnik/były śmiertelnik, który nadużywa mocy nadprzyrodzonych, bo pokonać samą śmierć (czyli z grubsza to samo, co Ichigo) świetnie by się spisał.

 

 

 

Ale w ogóle co w Ychwachu jest takiego charakterystycznego, że go można łączyć z Aizenem, czy jakimkolwiek innym złoczyńcą? Bo ja głównie go zapamiętałem z tego, że miał imponujące wąsy. To był szalenie płaski czarny charakter, jak wycięty z szablonu. Aizen miał przynajmniej pewne charakterystyki, pokroju „a, przewidziałem to milion lat temu”.

 

 

Natomiast mogłyby by istnieć dodatkowe wymiary dla Azji(Soul Society), Europy(Quincy), Ameryki(Fullbringerzy? Chociaż ich nikt nie chce), Afryka(Szamani jacyś?).



I przykładowo do tych wymiarów trafialiby ludzie z potężniejszymi duszami, byłyby one silniejsze gdyż za życia osiągnęły coś znacznego(ratowanie ludzi podczas wojny albo wręcz przeciwnie przeprowadzenie totalnej rzezi).

 

 

Jakiś powód, że Japonia jest ważniejsza od całej reszty świata bez problemu można wymyślić. Na przykład znajduje się tam niezwykłe miejsce, do którego z wolna ponad oceanami dryfują wszystkie dusze, stąd Założyciel, co go opisywałem w poprzednim poście, tam a nie gdzie indziej założył swoje brygady. Cóż to za miejsce? Powiedzmy, że brama do piekła. Albo ogólnie do zaświatów. To można też rozwinąć, na przykład stwierdzając, że generalnie dusze przechodzą przez bramę (portal, cokolwiek) do innego świata, ale również czasem coś stamtąd przechodzi do nas i na przykład hollowy to nie jest jakaś naturalna część całego procesu wędrówki dusz tylko efekt jakiegoś skażenia bytami z drugiej strony. Założyciel założył co założył właśnie po to, żeby przeciwdziałać temu zepsuciu.

 

W rezultacie jeśli bohaterowie polecą do tej Ameryki czy Australii to tam na miejscu i tak nie zdziałają, tylko będą musieli śledzić wędrujące dusze aż do Japonii, gdzie są wrota do zaświatów i gdzie niemrawe gdzie indziej dusze zaczynają reagować energiczniej, a hollowy wałęsają się dookoła. Dzięki temu unikamy problemu związanego z tworzeniem wielu osobnych Soul Society dla każdego kontynentu lub każdej religii. Nie ma takiej potrzeby, jest jedno Soul Society, bo można dojść do nieba tylko jedną drogą.

 

Oczywiście można potem specjalnie zagrać, że wydawało się, że jest tylko jedna droga. A tymczasem gdzieś w Ameryce partyzanci wykopali drugie przejście i zaczyna się bigos. Ale to już materiał na dalsze historie.

 

 

 

o, to je dobre. Ale to na tyle jest duże, że musiałoby mieć jakiś większy sens dla całej opowieści. Klasyczne, skondensowane podejście kazałoby ciągnąć ten motyw przez całą historie, ale my nie możemy sobie na to pozwolić, bo jest ona znacznie dłuższa i ma wielu oponentów. Tym samym nie możemy skupić się na matce per se. Przynajmniej ja bym się bał tak robić, bo to źle wyjdzie imo - początek będzie ekstra, ale potem oczekiwanie na payoff zabije ten motyw, a jak już dojdzie do finału, to może on być po prostu poniżej oczekiwań. Rozciągnięcie czegoś, co jest tak gęste na długi okres, odłożenie na półkę będzie miało fatalne konsekwencje. Dlatego motyw z matką-hollowem musiałby albo zostać rozwiązany w rozsądnym czasie-watek zamknięty; albo jego zamknięcie musiałoby posłużyć nowemu etapowi historii. Czyli to, w jaki sposób Ichigo zakończyły tą sprawę byłoby paliwem dla dalszej jej części.

 

 

 

Tu przychodzi na myśl, żeby matka Ichigo stała się nie tyle Hollowem, co Vasto Lorde i potem klasyczne „Ichigo (szszzzzz), ja jestem twoją starą…!”. Banał jak się patrzy, więc lepiej tego nie ukrywać, tylko od razu podać na talerzu. Wracając do wcześniejszej myśli: Rukia przybywa zlikwidować ducha siostry Ichigo, a tu interweniuje nie Urahara, tylko jego matka (bo kto powiedział, że skoro Hollow to musi od razu być po przeciwnej stronie…?) I Ichigo będzie naturalnie wolał uwierzyć matce niż jakiemuś samurajowi, co mu się pakuje bez pukania do pokoju, ale z czasem będzie zmuszony zrewidować swoje przekonania. Bo się okaże, że go kocha, ale jednocześnie krzywdzi całe rzesze innych ludzi.

 

 

 

got it, makes sense. W ogóle powinniśmy się moim zdaniem starać unikać robienia z Ichigo jakiegoś wyjątkowego wybrańca. Ten typ postaci jest dosyć zużyty, i jest atrakcyjny tylko dla kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z tego typem historii. W Mangu, zwłaszcza w batte shonen został on całkowicie już zaciukany do imentu. Znacznie lepiej jest robić kogoś, kto przypadkowo wplątuje się w to wszystko, czy raczej-jego własne wybory, spowodowane jego problemami (tutaj-egoizm) doprowadzają do wplątania w historie i spotkania oponenta. To co proponujesz bardzo ładnie z tym współgra.

 

 

 

To można obejść zakładając, że wybrańców jest wielu, to znaczy Ichigo nie jest jedynym typem co może widzieć duchy i z odrobiną pomocy wyciągnąć zanpakutou z czeluści swego tylca. Może nawet Soul Society celowo szuka takich, aby wymieniać braki kadrowe spowodowane atakami Hollowów, czy, dajmy na to, trwającą od stuleci wojną z Vasto Lorde.

 

 

 

Hmmmm…. A vizardzi to kto? Ktoś, kto może przechodzić płynnie od czystości do nieczystości? Hmmmm…. No to akurat już mniej ma sens. Jak można być jednocześnie i takim i takim? Chyba, ze hollowifikacja to początek. Shingami poddając się odwrotnemu procesowi stopniowo zamieniaja się w hollowy i skutkiem ubocznym tego jest, że mają dostęp do dwóch mocy na raz, ale ostatecznie im częściej korzystają z masek, tym mocniej hollow zaczyna na nich wpływać. Im mniej więc korzystają z swojej mocy, tym dłużej będą potężni, a im dłużej i częściej-tym będą coraz słabsi, bo będą zamieniać jedna moc na drugą, ulegając swoim vices.

 

 

 

Proste: Vaizardzi mają rozdzieloną osobowość. Musza więc uważać z maskami, bo jak przecholują, to tamta druga weźmie górę i już nie wrócą. W tym sensie maska nie jest więc mocą tymczasową, lecz mocą, której im bardziej się używa, tym trudniej ją okiełznać. Dokładnie tak jak w Ichigo w wersji, co ją opisałem. W sumie zatem w Hueco Mundo mogą brylować dwa rodzaje monstrów – jedne to hollowy, które po prostu nagromadziły się do kupy w wystarczającym stopniu, tak jak to było w mandzie, reszta zaś to upadli Vaizardzi.

 

 

 

 a czemu nie? Wtedy mamy negative charakter arc-bohater kończy gorzej, bo nie zdołał się zmienić, jeno poddał się swoim słabościom. Oczywiście to ma swoje wady, kiepskim duchem shonen z tego wychodzi, ale jeśli ktoś chce, czemu nie? Wtedy siła opowieści będzie spoczywała na krytyce Ichigo, jego upadek ma wywołać katharsis. Siła przekazu więc będzie wtedy spoczywała na reszcie postaci (Uryuu?) Tak więc sam pomysł nie jest zły, tylko pytanie jak wtedy zbudować całość, by osiągnąć taki sam efekt, jak przy pozytywnym charakter arcu? Negative charakter arc jest technicznie znacznie trudniejszy, jeśli nie ma wyjść tanio i emo-pretensjonalnie. Pamiętajmy, że opowieść ma coś przekazać, i zwycięstwo bohatera na końcu nie jest do tego konieczne, ale ludzie mają tendencję do doceniania raczej opowieści pozytywnych. Nie mam jednak nic przeciwko negatywnemu oborowi sprawy. Pomysł jest warty rozważenia, ale nie da się go odłożyć na później. Końcówka determinuje początek i vice versa. Na coś należałoby się więc zdecydować. Nie można odkładać decyzji i pichcić reszty, bo to nie wypali. Ostatecznie w każdej historii chodzi o character change. A więc-jaki jest end goal? Ichigo upadający (Lol jak to brzmi), nie potrafiący poradzić sobie z sobą? To jak najbardziej pasuje do tematyki już nakreślonej. Ja tylko zasugerowałem, że skoro to battle shonen, to może nie przesadzajmy.

 

 

 

No to jak się już decydować to wolałbym jednak ostateczne przeciwstawienie się złu i odnalezienie siły i determinacji do dalszej walki i czynienia właściwych rzeczy; niech no klasyczny morał z tego płynie. Ale właśnie tym większym będzie to zwycięstwo im wcześniej bardziej mu nawrzucamy, zmusimy do szorowania po dnie i stoczenie się na sam dół, aby mógł się odmieniony podźwignąć.

 

I na tym koniec na razie, bo znowu się czuję, że się wypalam; odpowiedź na resztę zapewne nastąpi.



#15 Velo

Velo

    ~fan

  • User
  • PipPip
  • 213 postów

Napisano 19 luty 2017 - 16:43


Bo Aizen wtedy dążyłby do opanowania tego procesu nie po to, by robić armię pajaców w białych ścierach, to tylko skutek uboczny. Jest mu to potrzebne by odwrócić ten proces po to, by odzyskać kogoś. Możliwe że kogoś, kogo kochał.
Sugerowałbym odwrócenie sytuacji Ichigo. W przypadku bohatera jest to rodzic, natomiast w przypadku Aizena – dziecko. To z miejsca wyjaśniałoby różnicę w ich zachowaniu/podejściu do tego samego problemu.
 

bo w końcu, jak nakazują zasady Sztuki, bohater i jego rywal muszą być przeciwieństwami.

Dlatego tego typu historie są słabsze, aniżeli te, w których bohater staje przeciwko zewnętrznemu antagoniście, który nie reprezentuje jego słabości, ale jest jego przeciwieństwem, które służy do zrozumienia przez MC swojego problemu i pokonaniu go.
Pozwolę sobie na wtrącenie, bo to imho ciekawy temat. Jedna z rzeczy, która mnie osobiście w wielu mangach denerwuje, to przeginanie z tym właśnie motywem. Często mam wrażenie, że autorzy sztucznie pogłębiają różnice między bohaterem i jego przeciwnikiem/rywalem – ponad to, co jest potrzebne do opowiedzenia danej historii. Moim zdaniem „dodatkowe” kontrasty niepotrzebne odwracają uwagę od głównego konfliktu.
 
Inna sprawa, że podkreślenie podobieństw między bohaterem i jego przeciwnikiem może być bardzo cennym narzędziem samym w sobie. Posłużę się przykładem, który odkryłem oglądając wywiad z twórcami Brudnego Harrego. Pierwszy film w tej serii był dużym hitem, ale wywołał także falę krytyki za podtekst „polityczny”. Mianowicie części publiki nie spodobało się samopanoszenie się bohatera, jego zachowanie a'la Sędzia Dredd, strzelaj najpierw, pytaj później itd. Scenarzysta wziął to do serca i w drugiej części stworzył grupę przeciwników, którzy byli bardzo podobni do Harrego – także gliniarze biorący sprawiedliwość w swoje ręce, tyle tylko, że bardziej ekstremalni, kompletnie pozbawieni skrupułów. Ostatecznie służyło to oczywiście podkreśleniu, że Harry mimo wszystko posiada kompas moralny i jest linia, której po prostu przekroczy, ale po drodze zmusiło to widza do myślenia i reewaluacji bohatera.
 

Mam soft spot dla Zarakiego, ale jest postacią poboczną. Postacie poboczne istnieją w hsiotrii po to, by ja wspomagać a nie zabierać screen time. To, kim jest co robi itd. Zaraki musi więc współgrać z większą całością. Obecnie nie koncentruję się na Zarakim, ale zawsze mnie ciekawił fakt, że w SS arcu Ichigo dużo od niego się nauczył, i był takim niespodziewanym przeciwnikiem. Że zamiast walczyć z Renjim i Byakuyą to wpada na Zarakiego i to była curb stomp battle. Niestety, to niespecjalnie grało jakąś rolę jak an czas, jaki temu wątkowi poświecono. Poza pokazaniem, że istnieje taki badass madafaka niczemu to nie służyło, tylko gadaniu o bąkaju. Jeśli Zaraki ma być użyteczny a nie tylko postacią tła, to należy go jakoś złączyć z historią. To co mi się nasuwa na myśl to fakt, że jest takim Ichigo jeśli chodzi o egoizm-interesuje go tylko dobra walka i nic poza tym (BTW trochę zalatuje One Punch Manem XD ). Być może da się tu stworzyć jakiś ciekawą relację w stylu uczeń-mistrz?
Zaraki dzięki swojemu podobieństwu do Ichigo mógłby posłużyć jako chodzący znak ostrzegawczy – przykład tego, jak kończą egoiści. Z jednej strony pokazuje powierzchowne korzyści płynące z takiego zachowania (staje się naj-naj-naj-większym przepakerem w Soul Society), z drugiej jednak – co staje się jasne dopiero dopiero z czasem – prowadzi pustą, beznadziejną egzystencję. Wyalienował się od swojego otoczenia, stracił wszystkich (lub prawie wszystkich) bliskich, nie udało mu się osiągnąć niczego poza górą trupów i reputacją kata, która ciąży na nim niczym kula u nogi i uniemożliwia nawiązanie normalnych relacji z kimkolwiek dookoła. Naturalnie wymagałoby to przerobienia jego przydupasów, bo w OS prowadzą oni do odwrotnych niż powyżej wniosków. Ewentualnie można by pobawić się z postacią Yachiru np. pokazać, że jest to jedyna osoba bliska Zarakiemu, ale tylko dlatego, że w ramach walki z samotnością nie pozwolił jej poznać normalnego świata i w głębi duszy męczy to jego sumienie.
 
Podoba mi się wspomniana przez ciebie wizja Zarakiego jako nauczyciela Ichigo. Mogłoby to działać na najróżniejsze sposoby. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zrobienie z Kenpachiego kogoś, kto sprowadza bohatera na złą drogę. Takie Złe Towarzystwo na sterydach (w sumie pasowałoby do motywu delinquenta :P). Nieco bardziej skomplikowanym zagraniem było pociągnięcie tego dalej i zrobienie z Zarakiego ukrytego dobrego nauczyciela – kogoś, kto pozornie sprowadza Ichigo na złą drogę, ale w rzeczywistości robi to tylko po to, by bohater otrzymał wycisk i wziął się w garść. Motywowałby do tego Kenachiego żal – dostrzegając w Ichigo samego siebie sprzed lat postanowiłby zawrócić go ze ścieżki, która zrujnowała jego życie. A jako że metody ma takie a nie inne i nie szanuje mięczaków, to nie mówi tego wprost, tylko pokazuje bohaterowi czym taki styl życia pachnie na jego własnej skórze. Ewentualnie można by opóźnić moment zrozumienia u Zarakiego – mógłby on dostrzec powtórzenie swoich błędów z przeszłości dopiero po przeciągnięciu Ichigo na złą stronę. Widząc to doznałby olśnienia i nawrócił się. Albo jeszcze inaczej – nawrócenie mogłoby być zbiorowym wysiłkiem Ichigo i jego nowego nauczyciela. No, ale to już raczej za ciężki kaliber na postać drugoplanową :-).
 

I concur. Cały mój nowy pot jest w sumie o tym. Choć jeszcze bez szczegółów. Trzeba by jednak pomyśleć, kim mają być quincy w tym naszym układzie. Mamy póki co hollowy i tematykę z nimi związaną. Wokół niej można zbudować shinigami. I potem wokół tych dwóch konceptów będzie trzeba „owinąć” quincych. Pamiętając, że zostali wyrżnięci przez shinigami (powód się znajdzie, ja zakładam że cały ten balans, cząsteczki duchowe i inne bzdury wylatują do kosza).
A co byś powiedział na rozwinięcie ich motywu „niszczenia równowagi dusz”? W OS wspomniane to było jako przyczyna ich konfliktu z Shinigami i niestety nie zostało bliżej wyjaśnione (piszę to ze znajomością mangi do inwazji Yhwacha – przestałem po tym czytać). Ciężko było ogarnąć ten spór, bo tak naprawdę nie wiedzieliśmy jak dużym zagrożeniem są dla ludzi Hollowy, jak skuteczni w ich usuwaniu są Shinigami i do czego tak naprawdę sprowadza się „oczyszczanie” ich dusz w odróżnieniu od niszczenia ich. No i ostatecznie to bardzo abstrakcyjny konflikt, ciężko się w niego wczuć.
 
Proponowałbym usunąć motyw niszczenia dusz i zamiast tego wprowadzić próbę „oszukania śmierci”. Tj. Quincy zaczęliby szlachetnie – od chęci ochrony zwykłych ludzi przed tym dziwnym, nadprzyrodzonym zagrożeniem, którego nie potrafią zrozumieć. Z czasem jednak poznaliby sekrety życia pozagrobowego i pokusa okazałaby się dla nich zbyt wielka – zaczęliby manipulować duszami, zaburzać na różne sposoby równowagę z osobistych, egoistycznych pobudek. To już jest bliższe przeciętnemu czytelnikowi, bo kto by nie chciał uniknąć śmierci swojej lub bliskiej osoby? Ostatecznie Shinigami stwierdziliby, że nie można pozwalać śmiertelnikom na tego typu odpały i właśnie to stałoby się pierwszą iskrą konfliktu.
 

Osobiście jednak uważam, że zboczenie w kierunku konfliktu wewnętrznego bohatera, gdzie części jego ego są antropomorfizowane i służą od-metaforowaniu konfliktu samego z sobą jest konceptem good on paper, ale nie będzie działał w praktyce. To może być częścią większej całości, ale nie głównym mechanizmem. Dlaczego? Bo w takim wypadku przemiana bohatera będzie niepełna i kulawa. Bo będzie się działa na płaszczyźnie psychologicznej, wewnętrznej, nie na wskutek antagonizmu zewnętrznego. Tego typu konflikty są z swej natury słabsze, bo zbyt osobiste. Bohater ma problem z samym sobą, niespecjalnie zaś inni mają problem z bohaterem. Walka „samego z sobą” brzmi dobrze, póki nie uświadomimy sobie, jak bardzo to ograniczony koncept. Dlatego tego typu historie są słabsze, aniżeli te, w których bohater staje przeciwko zewnętrznemu antagoniście, który nie reprezentuje jego słabości, ale jest jego przeciwieństwem, które służy do zrozumienia przez MC swojego problemu i pokonaniu go. Przez zewnętrzny antagonizm rozwiązywany jest problem wewnętrznego braku. Pomysł z zanpakiem jest zbyt wewnętrzny, choć częściowo obchodzi ten problem poprzez zrobienie z psychologicznej walki samego z sobą walki z antropomorfizowaną słabością. Nie sądzę jednak by to był dobry pomysł na główny konflikt. Niespecjalnie wiadomo, jak wtedy świat zewnętrzny miałby odgrywać jakakolwiek rolę, i ciężkość całej opowieści się zmienia chyba za bardzo, przechylając się w zupełnie inną stronę, potencjalnie zmieniając cały ton i sens opowieści. Poza tym to wymaga pomyślenia o zanpakutou, a to część settingu więc zostawimy to na później. Ale sam pomysł jest ciekawy, intrygujący. Poza tym OS jednak miał miejsce na takie przedstawienie konfliktu wewnętrznego, wiec może nie powinniśmy go skreślać. Nie sadzę jednak by nadawało się to na główną oś konfliktu, raczej jego dopełnienie. Tak wiec byłby antagonista (oponent) zewnętrzny, oraz wewnętrzny jako reprezentacja problemów bohatera. Byłaby to użyteczna symbolika charakter development bohatera. Skoro battle shonen to na całość - walka z własnymi słabościami staje się dosłowna. Problem w tym, że zanpaki okazały się nie być częścią duszy sowich użytkowników, ale osobnymi bytami, które również mogą być cząstkami duszy innych. Ergo cały koncept reprezentacji wewnętrznej walki samego z sobą odpada, jeśli przyjmiemy taką koncepcję. Nie można mieć ciastka i go zjeść.
Przyznam, że zawsze miałem słabość do zanpaków i wydaje mi się, że straciłyby one sporo ze swojego polotu, gdyby przestały gadać do swoich użytkowników. Motyw, że stanowią one część „ja” Shinigami jest ciekawy, bo sugeruje, że ich siła wynika z introspekcji, zrozumienia samego siebie (co swoją drogą dobrze pasuje do konfliktu obracającego się wokoło egoizmu). Ba, chętnie zobaczyłbym ten motyw rozwinięty. Zgadzam się, że to potencjalna pułapka fabularna, ale jednocześnie uważam, że da się przeskoczyć tą przeszkodę. W OS motyw zgrzytał, bo Ichigo „schodził” do swojej podświadomości i „sam ze sobą” rozwiązywał problemy. Rozmowa z Zangetsu sprowadzała się w zasadzie do „wzięcia się w garść” i była mocno odizolowana od świata zewnętrznego. Ale w przypadku wewnętrznego Hollowa działo się już inaczej – Ichigo musiał pilnować się, panować nad sobą, bo inaczej Hollow wychodził i siał spustoszenie. To już działa lepiej, ale też nie do końca, bo zło wyrządza nie sam bohater tylko „ktoś inny”, co osłabia motyw, nawet jeżeli jest to żywa reprezentacja jego słabości. Moim zdaniem dałoby się to naprawić to w sposób następujący – Ichigo nie traci nigdy kontroli nad swoimi czynami, nie wpada w berserk, tylko z własnej, nieprzymuszonej woli „wybiera” Hollowa – czyli sięga po najgorszą część swojego ja – odrzucając Zanpaka, który jest początkowo słabszy, gdyż jego siła uzależniona jest od poziomu opanowania/rozwoju pozytywnych cech. Innymi słowy Zanpak i Inner!Hollow symbolizują cechy/rozwój duchowy bohatera, który „wyciąga je” na zewnątrz. Czyli trochę jak:
 
bw-05-spiritual-advisors.gif
 

Innych możliwości nie widzę, ta wydaje się najbardziej sensowna w kontekście sensu historii. Oczywiście co to naprawdę oznacza ten Bleach to musimy już dojść innym razem, ale nie wydaje się by machanie mieczem i jakieś wygłupy z magio miało tu sens. Bleaching duszy musi odbywać się poprzez jej działania lub brak takowych, a więc charakter development. Inaczej nie będzie miał sensu w strukturze opowieści, czy raczej; będzie to bardzo, bardzo słabe (a może przeciwstawienie odkupienia-oczyszczenia duszy, z iluzją tegoż-bleaching? Autentyczna przemiana kontra fejkowa, pozorna?).
„Bleach” jako wybielanie duszy ma jakiś sens, ale trochę zgrzyta z punktu widzenia szyku, bo jeszcze przed pierwszą stroną sugeruje ostateczną receptę na sukces. Pod tym względem bardziej pasowałby tytuł „Hollow”, bo wskazywałby raczej na pierwotne źródło wszystkich problemów – egoizm jako „duchową pustkę”. Chyba, że byłaby to opowieść, w której rozwiązanie problemów jest oczywiste od samego początku, ale jest ono tak bolesne, że bohater nie chce na nie przystać, nie godzi się z nim, boi się go – Blech/wybielenie jako potrzeba pogodzenia się ze stratą, porzucenia ciążącej na nas przeszłości, przecięcie więzów doczesności (w przypadku bohatera – pogodzenia się ze śmiercią matki).
 

poza tym ile ona ma lat, kilkaset…? Zawsze mnie uderzało, że nikomu to nie sprawiało problemu w zestawianiu ją z Ichigo, jakby ta dysproporcja nie istniała.
Nie sposób nie zauważyć, że fankom Twilightu też to nie przeszkadzało. Być może mangowców łączy z nimi więcej, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało :> (powiedział mangowiec, który pisał fanfica o dziecku lisiej demonicy i człowieka...).
 

(mamy w końcu zombie w Sankarea, nie wspominając już o czymś takim http://mangafox.me/m..._rex_na_kanojo/i podobnych…)
O w mordę.
 

Pomysł zatem leciał tak, że Ichigo miałby jeszcze jedną siostrę, która jednak w młodym wieku zginęła, być może razem z matką w jakimś wypadku (Grand Fisherowi mówimy nie). Nie opuszcza jednak przy tym tego padołu i dalej towarzyszy Ichigo, który widząc duchy widzi i ją. I teraz pakuje się z buciorami w to wszystko Rukia, która wlatuje nagle bohaterowi do pokoju przez okno i zaraz zabiera się do egzorcyzmów, nie oglądając się na nic. I tu Ichigo staje w opozycji wobec Shinigami, Soul Society i Rukii w ogóle. Powiedzmy, że Shinigami nie tyle uwalniają te wędrujące duchy, co je niszczą, bo każdy taki to potencjalny hollow i potwór. Z jednej więc strony Ichigo walczy by ducha jego siostry nie zlikwidowali, z drugiej strony stara się aby nie zamieniła się z hollowa, co stawia go w otwartym konflikcie z Soul Society. Rukia jednak jest zmuszona wejść z nim w komitywę (atak innego hollowa), przynajmniej tymczasowo.
 
O tym materiale mogę powiedzieć, że wydaje się trudny w prowadzeniu, to znaczy o ile sama koncepcja antagonizowania Ichigo z Soul Society mnie bawi, to trudno by przedstawić co było dalej, w końcu przy takiej dysproporcji sił bohater raczej jest bez szans. Chyba, że wprowadzić Uraharę nieco wcześniej: to nie Rukia przychodzi do niego, tylko on do Ichigo, bo widzi w jego „potencjale” możliwość na to, aby wprowadzić poprawne porządki, powiedzmy: shinigami faktycznie mogą ratować te dusze, ale je wolą niszczyć bo tak jest łatwiej. I krucjata Ichigo z towarzyszami do Soul Society będzie dotyczyła nie tyle ratowania uwięzionej koleżanki co próbie wymuszenia powrotu do bardziej chwalebnych zachować.
 
Przy czym właśnie jest aby ów duch, co to go Ichigo próbuje chronić przez zanpakutou czarnej mafii, był raczej jego rodzeństwem, a nie matką. Duch matki raczej by wolał sam się oddać pod nóż byleby potomstwa nie narażać na związane z tym wojaże i cierpienie, do tego trudno mi sobie wyobrazić nastoletniego chłopaka, który ma dobre relacje z duchem własnej matki. Co innego w przypadku ducha siostry, która zmarłszy w młodym wieku, pozostaje młoda w formie bezcielesnej, również pod względem charakteru, a Ichigo dorastając przy niej przechodzi w stronę opiekuńczą i protekcyjną.
Hmm, coś takiego imho zgrzytałoby z tematem przewodnim. Skoro bowiem opowieść ma sprowadzać się do pokonania/wyzbycia się przez bohatera jego egoizmu, to wrzucilibyśmy sobie kłody pod nogi tłumacząc/usprawiedliwiając jego działania – a tak to właśnie by wyglądało, gdyby Ichigo miał dobry powód do walki z Soul Society. Oczywiście nie można przeginać w drugą stronę – jeżeli bohater będzie kompletnym socjopatą i samolubem, to jego konflikt zmieni się w czystą abstrakcję i czytelnik nie wczuje się w jego rolę, będzie patrzył na niego z dystansu. Pomyśli sobie, że nigdy nie byłby w stanie tak się zachowywać, a w związku z tym nigdy by nie mógł mieć podobnych problemów i dylematów.
 
Wolę wariant z utratą matki, gdyż wydaje mi się on bardziej naturalny z punktu widzenia czytelnika (chociaż dalej nie jest to rozwiązanie idealne). Łatwiej potrafimy sobie wyobrazić utratę rodzica i w głębi duszy każdy zdaje sobie sprawę, że prędzej czy później będzie musiał się z tym zetrzeć (u Ichigo zdarza się to po prostu szybciej niż zwykle). Ciężej sympatyzować z utratą rodzeństwa, zwłaszcza młodszego, bo raz, że nie wszyscy je mają, a dwa, bliżej temu do zdarzeń losowych – rzadkich tragedii rodem z wiadomości – niż do naturalnej kolei rzeczy.
 

Ale w ogóle co w Ychwachu jest takiego charakterystycznego, że go można łączyć z Aizenem, czy jakimkolwiek innym złoczyńcą? Bo ja głównie go zapamiętałem z tego, że miał imponujące wąsy. To był szalenie płaski czarny charakter, jak wycięty z szablonu. Aizen miał przynajmniej pewne charakterystyki, pokroju „a, przewidziałem to milion lat temu”.
Gdy teraz o tym wspominasz, to faktycznie - pustka i ciemność, ino ciemność.
 

Proste: Vaizardzi mają rozdzieloną osobowość. Musza więc uważać z maskami, bo jak przecholują, to tamta druga weźmie górę i już nie wrócą. W tym sensie maska nie jest więc mocą tymczasową, lecz mocą, której im bardziej się używa, tym trudniej ją okiełznać. Dokładnie tak jak w Ichigo w wersji, co ją opisałem. W sumie zatem w Hueco Mundo mogą brylować dwa rodzaje monstrów – jedne to hollowy, które po prostu nagromadziły się do kupy w wystarczającym stopniu, tak jak to było w mandzie, reszta zaś to upadli Vaizardzi.
Jakoś nie czuję zalet z wprowadzania podwójnych osobowości, ale Vizardzi jako upadli/zmierzający ku upadkowi Shinigami brzmią ciekawie. To bardzo proste i efektywne rozwiązanie, potencjalnie kolejny znak ostrzegawczy (tak kończą Shinigami, którzy czerpią siłę ze złej części swojego „ja”) lub złudna nadzieja (gdyż przez chwilę wydaje się, że da się to zrobić, a korzyści z tego płynące są wielkie i namacalne) dla Ichigo.


#16 Kashmir

Kashmir

    ~random

  • User
  • Pip
  • 59 postów

Napisano 06 kwiecień 2017 - 21:19

i co, temat umarł:(







Również z jednym lub większą ilością słów kluczowych: bleach, rewrite, story, plot, fabuła, historia, krytyka, jak pisać, naprawa